30.08.2007
czwartek

Mira

30 sierpnia 2007, czwartek,

mira_200.jpg19 sierpnia zmarła Mira Michałowska – niezwykła postać polskiej kultury i dyplomacji.

Urodziła się w 1914 r. w Łodzi, skąd pochodziły także inne wybitne kobiety jej pokolenia i zainteresowań: Irena Szymańska, Stefania Grodzieńska, Krystyna Żywulska. Przed II wojną światową znalazła się w USA, gdzie szybko została dostrzeżona, stając się pierwszą polską dziennikarką w prasie amerykańskiej. Współpracę tę kontynuowała po wojnie z renomowanym tygodnikiem „The New Yorker”. W USA zetknęła się ze środowiskiem polskiej lewicy – Julian Tuwimem, Oskarem Lange – i podobnie jak oni wróciła do kraju. Była żoną znanego działacza partyjnego, Zenona Kliszki, a następnie wybitnego dyplomaty, Jerzego Michałowskiego – ambasadora Polski w Wielkiej Brytanii, w USA i przy ONZ, gdzie potrafiła zjednać Polsce wielu przyjaciół, a także pogłębiała swoją znajomość kultury anglosaskiej.

Jako dziennikarka i pisarka współpracowała z „Przekrojem”, gdzie (jako Maria Zientarowa) publikowała krótkie, pełne ironii, humoru i celnych obserwacji obyczajowych felietony, które z czasem zostały przerobione na scenariusz pierwszego wielkiego serialu polskiego „Wojna domowa” (1965 r.), w reżyserii Jerzego Gruzy, z piosenką Ludwika Jerzego Kerna do muzyki Jerzego Matuszkiewicza, z kreacjami Ireny Kwiatkowskiej, Kazimierza Rudzkiego, Jaremy Stępowskiego, Aliny Janowskiej, Andrzeja Szczepkowskiego, Bohdana Łazuki. Był to kwiat polskiego aktorstwa. “Wojnę domowę” wielokrotnie wznawiano.

W ramach współpracy z telewizją Mira była akuszerką „Tele-Echa” (1956 r.), które u zarania poprowadził Edward Dziewoński, a później Irena Dziedzic. W pierwszym programie wystąpiła Aleksandra Śląska, minister handlu Edward Sznajder (który przyszedł z teczką pełną importowanych jabłek) i słynny wówczas fryzjer damski Gabriel z ulicy Polnej.

Przyłożyła swoją rękę do wielu spektakli, m.in. przetłumaczyła i adaptowała (z Jerzym Gruzą) „Idy Marcowe”, nadawane przez trzy kolejne Teatry Telewizji, z udziałem m.in. Gustawa Holoubka, Aleksandry Śląskiej, Kaliny Jędrusik, Edmunda Fettinga.

Jako tłumaczka przyswoiła polskim czytelnikom prozę E.L. Doktorowa, Ernesta Hemingwaya, Sylwii Plath, Gore Vidala (wspólnie z Ireną Szymańską), Jerzego Kosińskiego, Agaty Christie, Gertrudy Stein i innych, a także kilka sztuk teatralnych.

Była autorką wielu książek, m.in. biografii Gertrudy Stein, opowieści o przyjaźni Ernesta Hemingwaya z jego polskim tłumaczem, Bronisławem Zielińskim, anegdot z życia dyplomatycznego („Od frontu i od kuchni”), książek dla dzieci i młodzieży.

Wszystko to jednak nie oddaje tego, co w Mirze Michałowskiej najważniejsze: była prawdziwą damą, jak mało kto należała do tak dziś pomiatanej elity – była erudytką, doskonale znała języki, umiała gromadzić wokół siebie ludzi kultury, sztuki i polityki, przyjaźniła się z creme de la creme Warszawy, Waszyngtonu, Nowego Jorku, zasiadała przy legendarnym „stoliku” w kawiarni „Czytelnika”, obok Ireny Szymańskiej, Gustawa Holoubka i Tadeusza Konwickiego. W kraju i – przede wszystkim – zagranicą była niezwykle pomocna polskim dziennikarzom spragnionym informacji i kontaktów. Jej mąż, amb. Jerzy Michałowski, kiedy przebywał w Polsce, pod pseudonimem „Stefan Wilkosz” współpracował z „Polityką”, był autorem sylwetek wielu polityków, których znał osobiście.

Była bohaterką i autorką wielu anegdot. Wspominała, jak kiedyś przyszedł do niej z kwiatami pewien chłopiec, mówiąc: „To pani przetłumaczyła Hemingwaya!”. Chłopiec nazywał się Marek Hłasko. Inny razem, w latach 80., była na widowni teatru „Ateneum”, kiedy do zajętego miejsca zmierzał Jerzy Urban. – Panie ministrze, pan pomylił rząd – powiedziała.

Mira to był brylant. W szarej i smutnej Warszawie świeciła blaskiem, który teraz zgasł.

Fot. Maciej Zienkiewicz, AG

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Panie Gospodarzu! W takim długim życiorysie każdy może coś znaleźć dla siebie, albo znaleźć siebie.
    Ja się rozrzewniłem nad “Wojną domową”. Jeden z odcinków o wywiadówce w szkole nakręcono … no, kitu nie sprzedaje …w naszej szkole, w pracowni biologicznej i na boisku z tyłu za budynkiem. A Paweł był na naszej studniówce, poważnie mówię, znaczy się tę aktor. Jedna dziewczyna z nim przyszła, a z kolei dziewczyna mojego kolegi z nim wyszła, no! To była wojna domowa, wewnątrz-klasowa.

    Ale “Jezioro nurów” to mnie zaskoczyło. Bardzo udany przekład, całość mnie wciągnęła. Przeczytałem ją właśnie w przekładzie, już tu, znalazłem ją w jednej z paczek z książkami, które przyszły z Polski. Jakże mógłbym się spodziewać, że “loon” po polsku zwany jest nurem. Faktycznie – daje nura.

    A czy Pani Mirowska miała z panem Zenonem dzieci? Bo ja znałem …

    Ale jak na prawdę wygląda teraz Warszawa, skoro diamenty nie świecą. Leżą w korytach dla świń? Pomiatają nimi? To musi wyglądać ciekawie – poważnie się zastanawiam.

  2. “Od frontu i od kuchni” jest jedną z moich ulubionyxh książek “wypoczynkowych” i wygląda już dzisiaj na mojej półce, jak “prawidłowo kochany pluszowy niedźwiadek”, czyli nosi wyraźne ślady częstego czytania. Scena z symultanicznego tłumaczenia rozmów na przyjęciu w Ogrodach Belwederskich mogłaby być hitem kinowym, gdyby ją ktoś nakręcił. Miała p. Mira rzadką umiejętność nie tylko dostrzegania śmieszności w zgoła nieśmiesznych okolicznościach, ale i pisania o tym w sposób życzliwy, niekaleczący, a przecież rzetelny. Też pamiętam z sentymentem felietony Zientarowej w “Przekroju”, “Wojnę domową”, przekłady.
    Piekielna szkoda, że znowu ubył nam ktoś, kto potrafił ubarwić i wzbogacić nasze życie.

  3. Szkoda!.. Czytałam Zientarową, Sylwię Plath…

    Panie Redaktorze, może napisze Pan (może we współpracy z Agatą Passent?) biografię Miry Michałowskiej? Byłaby ze wszech miar pożądana, a “Polityka” mogłaby ją wydać i na swoich łamach szczytnie reklamować. Taką prośbę mam.

  4. Bardzo dziekuje za piekne wspomnienie o Mirze Michalowskiej. Tak smutno, ze do dzis telewizja nie poswiecila jej slowa, choc nie kto inny jak Pani Mira wywolywala w telewidzach tak duzo smiechu i ironi w tamtych malo smiesznych czasach PRL ( Wojna domowa). Telewizja, ktora przez cale lato puszczala stare Kobry zapomniala tez o tym, ze te w przekladzie Miry Michalowskiej trzymaly nas wtedy przed telewizorami w napieciu. Akurat teraz Teatr Syrena gra “Bozyszcze kobiet” w znakomitym przekladzie p. Michalowskiej. Ale jakoś nikt z zadnego teatru nie zająknął się na temat jej śmierci.
    Dodam jeszcze Panie redaktorze, ze Pani Mira wspoltworzyla pierwszy kolorowy, nowoczesny magazyn Twoj Styl, gdzie także pisała świetne – jak zwykle – teksty.
    Ewa

  5. Odchodzą wielcy ludzie, jednakże pozostaną jako gwiazdy wspomnień na nieboskłonie pamięci, oby następcy z pokorą uczyli się do nich.
    Irena

  6. Odchodzą wielcy ludzie ,pozostaja w pamieci naszej .dzięki Panie Danielu
    że pamieta Pan o Nich i nam przypomina ,nam tak dziś od Nich odcietych
    i pozbawionych Ich dokonań , a karmionych szmira i sieczką. o polityce i politykach nawet mówić szkoda ;nie ta klasa . dziękuję Panie danielu ,niewielu już takich jak Pan nam pozostało .
    Czesław

  7. Drodzy Państwo!
    Poza wymienionymi powyżej książkami wypada przypomnieć niezrównane “Drobne ustroje”, na których wychowały się już dwa pokolenia w naszej rodzinie, a trzecie już się przygotowuje mentalnie na ich lekturę. Tak nam brakuje pisarzy obdarzonych poczuciem humoru i zmysłem obserwacji. Może to cecha ludzi z tak zwaną klasą?

  8. Zawszwe kiedy ludzie tworczy odchodza, pozostaje po nich dziura na zawsze.

    Nikt nie jest w stanie tej dziury juz nigdy wypelnic.

    Miejmy nadzieje, ze praca, ktora nam pozostawila, jest tak wielka, ze zawsze bedziemy w nia wpadac. Dopiero wtedy zrozumiemy Jej brak, bowiem “prawdziwe zycie zaczyna sie dopiero po smierci”.

    To piekny kolorowy motyl fruwajacy, zawsze wiosna.

  9. Wlasnie dzisiaj szukajac wiadomosci o p. Mirze Michalowskiej dowiedzialam sie, ze juz nie zyje. Znalazlam takze to cieple wspomnienie o niej. Oprocz wspomnianych zaslug w kulturze tej “wyzszej”, chce wspomniec, ze byla takze wielka smakoszka. Do dzisiaj stoi na mojej polce jej ksiazka ” Przez kuchnię i od frontu”, o ktorej pisze wydawca : W tej uroczej gawędzie obyczajowo-kulinarnej zdradza swoje, wyniesione z dyplomatycznego życia, salonowe i kuchenne pasje. Ksiazka przecudnej urody i przesmaczna, o ktorej pisze sama autorka :
    „Podobno nie żyje się samym chlebem, ale bez chleba też żyć się nie da. Jemy, żeby żyć, czy żyjemy, żeby jeść? Takich komunałów mogłabym namnożyć mnóstwo. Wystarczyłoby sięgnąć na półkę z grubymi księgami przysłów czy cytat. Gdybym miała na to ochotę. Ale jej nie miałam. Ochotę miałam wyłącznie na powrót do wspólnych posiłków w towarzystwie czasami przyjaciół, czasami przygodnych znajomych, często dzieci, rzadziej psów, które to posiłki prowadziły do czegoś lub służyły czemuś poza trawieniem. I do przyjrzenia się bliżej różnym substancjom, które bardziej lub mniej bezmyślnie, z większym lub mniejszym apetytem ładujemy do naszych organizmów. I do zbadania wielu legend i przesądów z tymi substancjami związanych. I wiem, że bynajmniej nie wyczerpałam tematu. I mam nadzieję, że nie wyczerpię moich czytelników. No i że nikomu nie zepsuję apetytu. Na nic”.

    Zawsze zal, gdy Tacy LUDZIE odchodza…

  10. czy sekretarz stanu w kancelarii prezydenta to michalowski -junior mysle ze tak ale ktory jak sie czyta ksiazke to sie utozsamia z autorem tymczasem to MY jestesmy z tego pokolenia uklony i inne zyczenia “wszystkiego co sie szczesciem zwie” joanna z najczarniejszego slaska

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php