9.04.2012
poniedziałek

POLITYKA i obyczaje

9 kwietnia 2012, poniedziałek,

Na łamach konserwatywnej „Frondy” (nr 62) głos zabrał b y ł y dziennikarz „Polityki” Maciej Iłowiecki. W dawnych czasach był kierownikiem działu nauki i autorem poczytnych felietonów naukowych. Na przełomie lat 1970/80 zaangażował się w politykę, był działaczem zbuntowanego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego później został przewodniczącym, a po upadku PRL otrzymał wysokie stanowisko członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Był (jest?) stałym gościem programu telewizji Polsat, która otrzymała licencję od KRRiTV. Wydawało mi się niefortunne, że red. Iłowiecki, który brał udział w przyznawaniu licencji TV Polsat, potem został jej stałym współpracownikiem, ale mniejsza o to.

Był także członkiem mało znaczącej Rady Etyki Mediów, fasadowej i samozwańczej, z której niedawno ustąpił w proteście przeciwko językowi nienawiści szerzonemu przez Nergala, Lisa, Kutza, Wojewódzkiego, Palikota i Środę. Już sam dobór nazwisk wskazuje, że język nienawiści szerzony przez Jarosława Kaczyńskiego, Adama Hofmana, Jana Pospieszalskiego, Tomasza Sakiewicza, i innych, nie razi delikatnych uszu Macieja Iłowieckiego.

Iłowiecki dobrze się wyraża o „Polityce” Rakowskiego, co mu się chwali, bo na prawicy nie jest to pogląd popularny (w PRL nie było nic dobrego, a już zwłaszcza nie mogło być dobre pismo I. obiegu). Niestety, w wywiadzie Iłowieckiego im dalej tym gorzej. Mówiąc o „Polityce” po 1989 roku, powiada: „Nie powinno być tak, jak teraz jest np. w „Polityce”, że naczelnym redaktorem jest Baczyński (Jerzy – Pass.) i zarazem on jest szefem spółki wydającej tygodnik. Pojawia się tutaj sprzeczność interesów. Właściciel spółki musi dążyć przede wszystkim do tego, żeby się najwięcej rozchodziło produktu i żeby uzyskiwać największe zyski. Te cele są nieraz sprzeczne z etyką dziennikarską. Weźmy jakiś prosty przykład – jako dziennikarz nie mogę napisać o jakiejś instytucji, ponieważ ta instytucja daje pismu sowicie opłacane reklamy. To się zdarza, to są konkretne przykłady z życia dziennikarskiego we współczesnej „Polityce”. Łączenie funkcji biznesowych, dziennikarskich i politycznych jeszcze utrudnia te sytuację. Tak być nie powinno”.

Uważam wręcz odwrotnie. Casus takich pism jak „Ozon” i „Dziennik”, z dnia na dzień zamknięty przez Springera, czy „Przekrój” – miotany od ściany do ściany przez kolejnych właścicieli – wskazuje, że podział ról „wydawca – redakcja” niczego nie gwarantuje. O wszystkim decydują ludzie. Iłowiecki powiada, że „Politykę” wydaje „spółka”, tymczasem wydawcą jest spółdzielnia pracy, której członkowie w tajnym głosowaniu wybierają prezesa, zarząd i – tym samym – redaktora naczelnego. Prezes/redaktor, nie ma na celu jedynie zysku (aczkolwiek jest to jeden z warunków istnienia pisma), ale i utrzymanie wiodącej pozycji „Polityki”, jej poziomu, charakteru, prestiżu, zespołu. Teoretycznie, to co mówi Iłowiecki o rozdziale ról wydawcy i redaktora, jest może słuszne, ale w praktyce pozycja wydawców jest tak silna, że robią z pismem co chcą. Wystarczy spojrzeć np. na „Wprost”, czy na masowe zwolnienia narzucone przez wydawcę „Newsweeka”. Natomiast demokratycznie wybrany Zarząd „Polityki” musi brać pod uwagę etos i biznes. Do jakiego stopnia to się udaje – to inna sprawa.

O tym można dyskutować, natomiast w pewnym fragmencie rozmowy Maciej Iłowiecki przekracza dopuszczalne normy, i nawet nie zasługuje na polemikę, jedynie na napiętnowanie. Rozważa on mianowicie, kto w dawnej „Polityce” był „agentem operacyjnym” SB. „Moja teczka zginęła i do dziś nie wiem, jakie były na mój temat materiały” – mówi na wszelki wypadek, po czym dodaje: „Odwiedził mnie kiedyś historyk z Gdańska związany z IPN, który pisze historię SDP, i zapytałem o to jego. (…) Wyjawił mi, że tym agentem operacyjnym był …” (tu Iłowiecki wymienia imię i nazwisko naszego dawnego kolegi). Po czym dodaje: „Mówię to oczywiście na odpowiedzialność IPN-u, nie mam innych źródeł, a on się ponoć przyznał, że współpracował”.

Dawno już nie spotkałem się z wypowiedzią tak niestosowną. Pogrążając swojego dobrego kolegę („niezwykle sympatyczny, który mnie wspierał jako dziennikarza”, ale „PONOĆ się przyznał” – podkr. Pass.) ), bez żadnych dowodów, „na odpowiedzialność” jakiegoś anonima z IPN, „ponoć”, nie przytaczając żadnych źródeł, nie rozmawiając nawet z zainteresowanym, Maciej Iłowiecki rzuca na człowieka cień, z którego ten już nie wyjdzie. Tak postępuje wieloletni członek Rady Etyki Mediów! Co to ma wspólnego z jakąkolwiek etyką?!

Iłowiecki twierdzi, że w PRL dziennikarz nie musiał się szmacić, „Nie było tak strasznie”- mówi. A obecnie?

PS.
Kot Mordechaj: Ja też widzę maniackie wpisy a la Lizak czy Sławomirski, ale nie chcę prowadzić bloga zbyt surowo. Blogowicze są przeciwko chamstwu, ale również przeciwko banowaniu. Nie sposób wszystkim dogodzić.

Torlinie: Dzięki za życzenia. Proszę nie odchodzić, jest wiele wypowiedzi ciekawych i interesujących, rynsztok to jednak margines.

1.04.2012
niedziela

WSZYSTKO PŁYNIE

1 kwietnia 2012, niedziela,

Chyba spełniło się przekleństwo „Obyś żył w ciekawych czasach!”. Dla blogowiczów komentatorów to sytuacja wymarzona. Sejm niewielką ilością głosów odrzucił wniosek o referendum w sprawie wieku emerytalnego. To ciekawa sprawa z punktu widzenia funkcjonowania demokracji. Przedłużenie wieku emerytalnego odbędzie się wbrew ogromnej większości społeczeństwa, ponad dwa miliony podpisów pod wnioskiem o referendum poszło na marne. Starły się dwa rodzaje demokracji. Wola większości w ewentualnym referendum (NIE dla 67) byłaby inna niż wola większości wybranej w wyborach parlamentarnych. Większość parlamentarna, wyłoniona zaledwie kilka miesięcy temu, uniemożliwia referendum, dając ewentualnym zwycięzcom tego referendum do zrozumienia, że nie rozumie swojego interesu. Co do mnie, to zgadzam się, że nie wszystkie sprawy można rozstrzygać w referendum (np. kodeks karny), ale odrzucenie referendum, bo będzie z góry przegrane, bo wygrałby „ciemny lud”, nie jest rozwiązaniem idealnym.

Wiek emerytalny musi być podwyższony, ale zgadzam się, że rząd źle sprawę przygotował. Koalicjanci – Platforma i PSL – mogli porozumieć się wcześniej, można było wystąpić z projektem rządowym i zostawić więcej czasu na dyskusję. Zamiast tego mieliśmy gorącą debatę, która niczego nie mogła zmienić. Szkoda, że SLD głosowało za referendum, bo partia lewicowa powinna dbać o interes pracobiorców, a ten leży w wyższych emeryturach. Leszek Miller chyba uległ populizmowi. Waldemar Pawlak w Sejmie nie siedział w ławach rządowych, chyba nie chcąc się kojarzyć z niepopularną reformą. Tusk, który przeżywa kryzys popularności, okazał się kolejny raz politykiem skutecznym, aczkolwiek poniosły go nerwy (kiedy mówił o pętakach). Przewodniczący Solidarności, Piotr Duda, zachował się z klasą, na pewno górując nad swoim poprzednikiem na tym stanowisku, p. Śniadkiem.

Rozwija się także afera wokół tajnego amerykańskiego więzienia i tortur w Kiejkutach. Moje zdanie: Rząd polski praktycznie musiał się zgodzić, ale nie zadbał o to, by na terenie bazy , jak na terenie całego kraju, obowiązywało prawo polskie. To był po prostu błąd i brak wyobraźni, ale za to chyba nie idzie się przed Trybunał. Sprawę powinno się wyjaśnić do końca (ku niezadowoleniu naszego najważniejszego sojusznika) i zamknąć, a stosowanie tortur potępić. Choć w wojnie z terroryzmem pokusa tortur będzie się pojawiała, bo wojna ma swoje prawa. Stojąc wobec wyboru: „bezpieczeństwo niewinnych ludzi, o zagrożeniu których wie jeniec, czy tortury wobec tego jeńca?” – nie ma dobrego wyboru. Nie zgadzam się z głosami na blogu, że ówczesny Leszek Miller mógł odmówić prośbie amerykańskiej. Dziś, post factum, jesteśmy wszyscy mądrzy po skodzie. Wtedy (2002) interes państwa, wsparcie wojny z terroryzmem i entuzjazm dla NATO wziął górę nad koniecznym sceptycyzmem i poszanowaniem zasad.

Piękny prezent na weekend sprawiła nam tenisistka Agnieszka Radwańska, wygrywając silnie obsadzony turniej w Miami. Brawo Pani Agnieszko! Dojśc do finału i pokonać Marię Szarapową – to wielki sukces. Kto chce dowiedzieć się więcej o tenisie zawodowym, temu polecam autobiografię Andre Agassiego „Open”, która ukazała się niedawno po polsku. Agassi opisuje tam, jak ciężkie jest życie tenisisty, jaka to jest potworna praca fizyczna i mentalna, a nawet cierpienie, cierpienie z bólu, a bywa, że i z upokorzenia. Na korcie to wszystko wygląda pięknie, ale droga do zwycięstwa, to droga przez mękę, i to nie jednej osoby, ale także jej rodziny, trenera, lekarza, fizjoterapeuty, masażysty i innych. Tym większy to sukces Agnieszki Radwańskiej, która tym samym zawędrowała chyba najwyżej w historii polskiego tenisa, wyżej niż Jadwiga Jędrzejowska (bądź co bądź wicemistrzyni Wimbledonu) i Wojciech Fibak. Królowa polskiego tenisa to Agnieszka Radwańska

PS. „PIOTR” zastanawia się, czy „Gazeta Wyborcza” powinna była publikować wiadomość o tym, że Zbigniewowi Siemiątkowskiemu postawiono zarzuty w sprawie więzienia CIA w Polsce. Moim zdaniem – tak, publikować. Sprawa powinna być wyjaśniona, taki jest obowiązek mediów. Pretensje o przeciek można mieć do prokuratury.

„Z DALEKA” pyta, co by się stało, gdyby Miller odmówił Amerykanom? Trudno gdybać, w świecie po World Trade Center i w świetle sojuszu z USA, trudno było taką odmowę sobie wyobrazić. Świat by się nie zawalił, ale Miller contra CIA i USA – to mało prawdopodobne, zwłaszcza w sytuacji naszego akcesu do NATO.

„JAHACEK” pyta, co myślę o zaproszeniu detektywa Rutkowskiego do TVN (i dodajmy – do Tomasza Lisa w TVP)? – Myślę jak najgorzej. Chyba, żeby wyjaśnił za co został ostatnio skazany przez sąd.

PIOTR KRACZKOWSKI pisze, że Polska wystawiła CIA czek in blanco. To prawda, wtedy trudno było o tyle wyobraźni, żeby zawarować sobie obowiązywanie polskiego prawa na terenie udostępnionej Amerykanom enklawy. Radosław Sikorski był już mądrzejszy i twardo negocjował podporządkowanie żołnierzy USA na terenie Polski – polskiemu prawu.

EWA GĄSOWSKA – dzięki za ciekawy wpis o braku lewicowych elit i konserwatyzmie naszego społeczeństwa. Faktycznie, lewicowe elity są słabe i nieliczne, obowiązuje dyskurs prawicowy, czy to w sprawach wolnego rynku, czy to w sprawach obyczajowych, czy też w spojrzeniu na historię. Na pociechę mogę napisać, że „wszystko płynie”.

27.03.2012
wtorek

Palikot działa na nerwy

27 marca 2012, wtorek,

Siła Palikota polega na tym, że nie boi się iść pod prąd i łamie konwenanse. Ale kij ma dwa końce, i nierzadko Palikot się kompromituje. Z entuzjazmem rzucił się na wiadomość, że prokuratura postawiła zarzuty Zbigniewowi Siemiątkowskiemu w sprawie tajnego więzienia CIA i tortur na terenie naszego kraju. Palikotowi, rzecz jasna, nie chodzi o Siemiątkowskiego, (który notabene habilitował się i napisał cenną książkę o wywiadzie przed 1989 r.), tylko o Millera. Deklamuje, że wstyd mu za Polskę, wstyd za Millera, którego wzywa, żeby zrzekł się immunitetu i wycofał się na zawsze z działalności politycznej.

Palikot zachowuje się w tej sprawie niepoważnie i nieprzyzwoicie. Niepoważnie, ponieważ samo przedstawienie zarzutu w praworządnym państwie nie oznacza niczyjej winy. Poczekajmy na proces, prawomocny wyrok, ta sprawa będzie trwała latami, Amerykanie niczego nie potwierdzą, Siemiątkowski i inni związani są tajemnica państwową, a może i NATO. Będą jeszcze inne zarzuty i inne osoby. Prokuratura nie zasługuje na tak wielkie zaufanie, żeby wyłącznie w oparciu o przeciek prasowy, wzywać akurat Leszka Millera do abdykacji. Palikot rzuca się na Millera, a co z Siemiątkowskim, co z Aleksandrem Kwaśniewskim, który wiedział i wie tyle samo, co szef SLD i były premier? Jak słusznie zwracał uwagę Kamil Durczok w TVN 24, w rozmowie z Palikotem, kiedy jemu prokuratura dobierała się do skóry, to był o niej jak najgorszego zdania, kiedy prokuratura krąży wokół Millera – to budzi zaufanie Palikota.

W tej sprawie Palikot zachowuje się nieprzyzwoicie, gdyż wykorzystuje sprawę z zakresu bezpieczeństwa narodowego, terroryzmu, sojuszu z USA, do swoich ambicji politycznych, żeby umocnić swoją pozycję na lewicy. Tego nie powinno się robić. Nie można wykluczyć, że gdyby w latach 2002-2003 Janusz Palikot, jako premier lub prezydent, odpowiadał za bezpieczeństwo Polski i za nasze sojusze- podjąłby podobną decyzję jak Miller. Wiele wskazuje na to, że ówczesny premier Polski nie mógł odmówić stronie amerykańskiej, że zbytnio zaufał CIA, że nie powinien był faktycznie zrzekać się suwerenności nad bazą w Szymanach/Kiejkutach i że Amerykanie nadużyli zaufania polskich sojuszników, wiele przed nimi (tj. przed nami) ukrywając.

Dziś tę sprawę należy spokojnie wyjaśnić, osądzić, winnych tortur ukarać (to marzenie ściętej głowy), liczyć na to, że sąd, może nawet Trybunał Stanu, weźmie pod uwagę ówczesne okoliczności, ale nie urządzać z tego powodu awantury, nie robić sobie przy okazji kampanii, jak to robi Janusz Palikot. Kwaśniewski i Miller w 2002 roku, u szczytu wojny z terroryzmem, stali przed poważnym dylematem, Palikot zachowuje się w tej sprawie niepoważnie.

Byłoby lepiej, gdyby dyskusja przybrała inny kierunek, mianowicie na ile można ufać Stanom Zjednoczonym, a zwłaszcza CIA? Wciągnęli NATO, w tym Polskę, w wojnę z Irakiem, pod pretekstem, że ten jakoby dysponował bronią atomową, co okazało się bujdą na resorach. Potem podłożyli nam minę, zapewne torturując „jeńców” na naszym terytorium, oczywiście bez wiedzy Polski i NATO. Wniosek z tego taki, że władze polskie zostały oszukane, zapewne zgodziły się na przetrzymywanie (co w krajach demokratycznych jest podlega kontroli sądowej), ale nie na tortury. Prezydent Obama miał z powodu tortur pewne skrupuły, zapowiadał likwidację więzienia w Guantanamo, ale nic z tego nie wyszło. Wnioski dla naszej polityki zagranicznej nasuwają się same: Kiedy chodzi o interes państwa, nikomu, nawet najważniejszemu sojusznikowi, nie można ufać ślepo.

22.03.2012
czwartek

Ratunku – policja!

22 marca 2012, czwartek,

Zamiast wzywać policję na ratunek, trzeba wołać „ratunku” na widok policji. Dawno już nic nie robiło takiego wrażenia, jak relacja dwojga niewinnych ludzi, do których wtargnęła (przez pomyłkę!) brygada antyterrorystyczna Komendy Wojewódzkiej policji w Katowicach. Relacja obojga poszkodowanych w TVN 24 i w prasie jest wstrząsająca. Uzbrojeni siłacze w kominiarkach, krzyczeli „otwierać, policja!”, a gdy im nie otwierano, wyważyli drzwi, znieważyli ustnie i fizycznie zastane osoby, wlekli kobietę za włosy, uderzali jej głową o podłogę, podduszali, wymyślali od „k…”, i podobnie brutalnie traktowali jej partnera, którego skuli i kopali. Po dłuższej chwili, kiedy zorientowali się w błędzie, już w innym mieszkaniu ujęli poszukiwanego przestępcę.
Nie jest to pierwszy tego rodzaju błąd policji. Błędy mogą się zdarzać, policja w uzasadnionych przypadkach może użyć siły, a nawet broni, ale w tym wypadku zwraca uwagę bezmyślność i okrucieństwo policji, sprowokowanej być może przez „gospodarza” (skądinąd lekarza), który nie tylko nie otwierał drzwi, ale jeszcze – ze strachu przed włamaniem – blokował je własnym ciałem. Coś tu nie gra, policja szła siłowo, przekonana o tym, że w mieszkaniu jest przestępca. Interwencja brygady policyjnej była częściowo uzasadniona (granaty hukowe przez uchylone drzwi), a częściowo bezmyślna, chamska, dzika, bo jak inaczej określić traktowanie kobiety i napadniętego lekarza?
Nawet gdyby policja się nie pomyliła i trafiła na poszukiwanego, to traktowanie towarzyszącej mu kobiety woła o pomstę do nieba. Rzecznik prasowy Komendy w Katowicach, na pytania dziennikarza odpowiadał w kółko to samo: „akcja była dynamiczna”, „nie uchylamy się od odpowiedzialności”, „akcja była dynamiczna”, celem było ujęcie groźnego przestępcy, który mógł posiadać broń i je użyć, i tak w koło Macieju. Chyba był przerażony tym, co się stało. Nie stać go było na spontaniczne przeprosiny, ani na słowa wstydu za swoich kompanów.
Nazajutrz po tym zajściu spodziewałem się zawieszenia w czynnościach dowódcy akcji lub jego przełożonego, zamiast tego dowiadujemy się, że komendant wojewódzki powołał komisję, której prace potrwają około miesiąca. Komendant zaprosił poszkodowanych, żeby ich przeprosić osobiście, ale oni odmówili spotkania, rozważają wystąpienie na drogę cywilną, (Kobieta ma m.in. ułamany ząb). Gorąco zachęcam poszkodowanych, żeby wytrwali w swoim zamiarze i wystąpili na drodze cywilnej przeciwko policji, żeby ją bardziej uczulić na szanowanie praw człowieka. Brygada antyterrorystyczna mogła paść ofiarą dezinformacji i pomyłki, jak to się stało tym razem, ale nie miała prawa do zdziczenia.

18.03.2012
niedziela

O co chodzi Platformie?

18 marca 2012, niedziela,

Może ktoś z Państwa rozumie, o co chodzi Platformie? Weźmy kwestię Trybunału Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Pięć lat po wniosku SLD, co najmniej rok – dwa po własnych zapowiedziach, jakiś czas po ustaleniach „komisji Kalisza”, Platforma nieśmiało, ustami Rafała Grupińskiego, zapowiada wniosek o postawienie obu panów Kaczyńskiego i Ziobry przed T.S. Wniosek, jak najbardziej zrozumiały, podobno jest na ukończeniu. Ledwo Grupiński, bądź co bądź przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy, zdążył wypowiedzieć te słowa, a już minister Sprawiedliwości (!) w rządzie tejże P.O. powiedział, że on za tym wnioskiem ręki nie podniesie. Wyraźnie zmieszany rozwojem wypadków, premier/premier Tusk powiedział enigmatycznie, że taki wniosek musi być bardzo dobrze przygotowany (czytaj: odłożony), co natychmiast podchwycił Grupiński, mówiąc, że teraz czas, żeby wnioskowi przyjrzeli się konstytucjonaliści.

Może ktoś z Państwa wie, czy członkowie kierownictwa P.O. – Tusk, Grupiński, Gowin – ze sobą rozmawiają, zanim podadzą coś do publicznej wiadomości? Czy Donald Tusk kontroluje sytuację w swojej partii? Przecież taka ważna decyzja i „news” nie może zaskakiwać przewodniczącego partii. Czy jest tak, jak twierdzą politycy i publicyści PiS, że Platforma celowo sonduje opinię, bada reakcję, a dopiero potem podejmuje decyzję? A może w tej partii nie wie lewica, co robi prawica? Nie jest to jasne.

Fakt, że Platforma nie poparła wcześniej wniosku o Trybunał Stanu dla PP. K. i Z. powoduje, że obecnie, kiedy ta partia dołuje, chwyta się Trybunału jak tonący brzytwy. Wygląda to na zemstę na obu politykach i może być źle odebrane przez opinię publiczną. Dziś już mało kto pamięta konferencje prasowe Ziobry, jego słowa o doktorze G., że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”, nie pamięta atmosfery wobec Barbary Blidy, kajdanek, kamer TV, sprawy z Januszem Kaczmarkiem – ówczesnym ministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Jeżeli Zbigniew Ziobro nie stanie przed Trybunałem Stanu, to zło, jakie reprezentował, może powrócić. Na tym przykładzie widać, jak litościwa i opieszała była Platforma w rozliczaniu IV RP. O co Platformie chodzi – trudno zrozumieć. Idea likwidacji Funduszu Kościelnego i zastąpienia go dobrowolnym odpisem z podatku jest słuszna, to krok we właściwą stronę. Niech wierni się policzą, niech finansują na swoje kościoły, a Państwo niech wspiera to, co ma wartość powszechną, np. renowację zabytkowych świątyń, działalność charytatywną kościołów etc. Ale znów pojawia się pytanie – czy minister Finansów faktycznie nie znał propozycji min. Boniewo, czy chodziło o balon próbny, a dopiero z czasem ustali się, czy chodzi o 0,3 czy może 0,6 procenta? Czy znów trzeba czekać aż Donald Tusk postawi kropkę nad i, a może nie postawi, tylko powie, że to temat, luźna propozycja do rozmów z Kościołem? Może jeszcze się cofnie w sprawie ograniczenia ordynariatu?

Czy wpadka z ACTA nie nauczyła Platformy, że najpierw trzeba się sprawie przyjrzeć, a potem decydować? Słabość, zamieszanie, brak komunikacji wewnętrznej – czy o to chodzi Platformie?

PS. MARIAN K. – Serdecznie dziękuję za słowa pod adresem „Passy” na blogu.

15.03.2012
czwartek

Sezon w pełni

15 marca 2012, czwartek,

W porządku alfabetycznym:

DEMONSTRACJA PiS zakończyła się wynikiem bezbramkowym. Ci, którzy zapowiadali „burdy” (m.in. poseł Niesiołowski) pomylili się. Ci, którzy zapowiadali ogromny sukces lub klęskę frekwencyjną – również. Prezes zwołał demonstrację, ponieważ jego partia nie korzysta ze spadku poparcia dla Platformy i dla rządu, nie jest już jedyną liczącą się partią opozycyjną, musiała więc zaistnieć, naprężyć muskuły, policzyć się, dodać sobie animuszu. Całe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego pokazała ta wstrętna TVN, ale i tak będzie się mówiło, że PiS jest w mediach sekowany. Samo przemówienie nie zawierało niczego nowego. Sprzeciw wobec podwyższenia wieku emerytalnego to szkodliwy populizm, co nie znaczy, że nie można kwestionować „67”. W sumie – manifestacja była, ale jak by jej nie było. Oby kolejne okazały się równie niegroźne – mam na myśli zapowiadaną przez taksówkarzy bezsensowną blokadę miasta w dniu rozpoczęcia Euro 2012, a także akcję „S”, która ma krewkich aktywistów.

DEREGULACJA jest potrzebna, ale bez przesady. Jakieś minimum kwalifikacji powinno być wymagane. Jeżeli taksówkarz (na koszt klienta !) ma błądzić, szukać ulicy, której położenie powinien znać – to lepiej, żeby egzamin z topografii był wymagany. Również „trener”, który nie ma pojęcia o fizjologii, nie jest żadnym trenerem. Może jeszcze narobić szkód, np. kontuzji. Rozumiem, że trzeba rozbić monopole środowisk, które bronią dostępu do swoich intratnych profesji, ale dopuszczenie nieuków też ma swoje minusy. Szukajmy złotego środka.

EMERYTURY. Tej sprawie towarzyszy dziwny pośpiech, „konsultacje”, które trwają tylko 30 dni, to za mało. To fikcja. Reforma zostanie uchwalona (PO, PSL, Palikot), ale przywileje branżowe pozostaną. Wątpię, żeby polityk tak ostrożny jak Donald Tusk ryzykował starcie z górnikami, czy naraził się prokuratorom. W sumie reforma konieczna, ale – jak to zwykle u nas – połowiczna.

KOŚCIÓŁ – PAŃSTWO. Cała prasa konserwatywna rwie szaty (duchowne) z powodu rzekomego „ataku na Kościół”. Tymczasem cały ten „atak” to propozycja zastąpienia Funduszu Kościelnego, z którego opłacane są emerytury duchowieństwa, przeznaczeniem 0,3 proc. z podatku na rzecz Kościoła. Góra porodziła mysz. Episkopat jest gotów do rozmów, czuje nastroje i nie chce antagonizować sobie części społeczeństwa. Przy okazji obrońcy status quo, w tym Katolicka Agencja Informacyjna, rozpoczęli kampanię z której wynika, że w całej Europie kościoły finansowane są przez państwo i w ogóle kościoły wszędzie są na garnuszku państwowym . W Austrii lekcje religii są obowiązkowe, w Irlandii szkoły wyznaniowe są dofinansowywane niemal w całości, w Hiszpanii państwo finansuje uniwersytety katolickie, we Francji państwo opłaca kapelanów w szpitalach, a we Włoszech – w więzieniach, w Belgii i na Słowacji państwo płaci pensje duchownym i td, itp. (Wszystkie przykłady z „Rz.” 15 marca). Kampania ta polega na manipulacji. Nawet jeżeli wszystkie te fakty są prawdziwe, to są one pozbierane z różnych krajów, podczas gdy porównywać można tylko dwa kraje, np.. Polskę i Finlandię czy Polskę i Portugalię. Wątpię, czy jest w Europie wiele krajów, gdzie państwo dokłada do Kościoła tyle, co u nas. Jeżeli nieśmiałe próby demokratycznie wybranego rządu Tuska są „atakiem”, to chyba tylko dla kogoś, kto czuje się ponad społeczeństwem.

RATING – jedna z najbardziej znanych agencji ratingowych podniosła rating polskich „papierów dłużnych”(cudzysłów ze względu na uproszczenie terminologii). Gdyby agencja obniżyła Polsce rating – byłaby to wiadomość dnia, na pierwszych stronach gazet, ale ponieważ wiadomość jest dobra, to lepiej ją przemilczeć. Są ważniejsze sprawy, na przykład polski windsurfer, który pokonał rekiny.

11.03.2012
niedziela

Chleba i igrzysk!

11 marca 2012, niedziela,

Dwie świętości – piłkarskie mistrzostwa Europy oraz Stadion Narodowy – znalazły się nagle na cenzurowanym. Znana feministka, krytyczka literatury i publicystka, Kazimiera Szczuka (której jestem wielbicielem) uznała Euro za część męskiego kultu igrzysk. (Całej wypowiedzi, niestety, nie znam). Uważam spojrzenie na mistrzostwa piłkarskie z kobiecego punktu widzenia za w pełni uprawnione i ciekawe. Faktem jest, że to są mistrzostwa drużyn męskich, że piłka nożna pań dopiero zaczyna się rozwijać, a także że igrzyska były dziedziną zdominowaną przez mężczyzn, aczkolwiek kobiety biorą udział w igrzyskach od lat i przyniosły Polsce wiele laurów. Czasy się zmieniają, coraz więcej kobiet uprawa sporty (vide w tych dniach Justyna Kowalczyk), kibicują jej panie i panowie, w miarę równouprawnienia przybywa kobiet na boiskach i na trybunach, w tenisie na przykład wynagrodzenie pań jest coraz bliższe wynagrodzeniu panów. Kobiety, które uprawiają sport, samą swoją postawą i sukcesami sprzyjają równouprawnieniu. Ja bym nie odpychał Euro jako przykładu szaleństwa mężczyzn, raczej starałbym się widzieć jak najwięcej pań na stadionach, ponieważ sport to piękna i pożyteczna pasja, a poza tym większa obecność pań pomogłaby ucywilizować męską dzicz, czyli kiboli. Im większe będzie równouprawnienie, im więcej wolnego czasu będą miały kobiety – tym więcej z nich będzie brało udział w igrzyskach. Zamiast palić stadiony należy na nie chodzić.

Janusz Palikot z kolei, powiedział (w Radiu Zet), że nie rozumie, dlaczego w Warszawie zbudowano dwa stadiony, jeden za 1,5 mld, drugi za 2 mld złotych, po igrzyskach będą niepotrzebne i trzeba je będzie wysadzić w powietrze, jak to się już zagranicą zdarzało. I znów, w jego wypowiedzi tkwi racjonalne jądro. Budowa stadionu typowo piłkarskiego i widowiskowego (bez bieżni) była przedsięwzięciem wysoce dyskusyjnym. Na pewno dwa stosunkowo podobne stadiony nie są Warszawie niezbędne. Stadion Narodowy ma jednak szanse się utrzymać. Liczy się nie tylko bilans finansowy, ale również to, co stadion da Warszawie, zwłaszcza prawobrzeżnej. Miastu przybył piękny obiekt, jego standard przyczyni się do cywilizowania publiczności. To samo dotyczy nowych stadionów w innych miastach.

Nowe stadiony, drogi, odnowione dworce i przystanki – to wszystko ma swoje znaczenie, gdyby nie Euro 2012, Dworzec Centralny w Warszawie długo jeszcze nie doczekałby się remontu. Czy zamiast wydawać pieniądze na stadiony, należało je przeznaczyć na przedszkola i żłobki? – jak twierdzi Palikot. To samo dotyczy budowy sal koncertowych, muzeów, kolejnych lotnisk. Moim zdaniem jest to pytanie czy myć ręce czy nogi? Milionerzy nie potrzebują ani żłobków ani stadionów, lud potrzebuje jednego i drugiego, chleba i igrzysk..

9.03.2012
piątek

Skoki i wyskoki

9 marca 2012, piątek,

Kończy się sezon skoków narciarskich. W mijającym tygodniu kilka osób podskoczyło wyżej lub niżej, oto moje oceny za styl.

LESZEK BALCEROWICZ miał odwagę powiedzieć (w TVN 24), że cała ta gadanina o „osłonie prorodzinnej” reformy emerytalnej, to humbug. Polityka prorodzinna, mówił Balcerowicz, jest bliżej niesprecyzowana, dotychczas nie udowodniono, jakie przedsięwzięcia (becikowe itp.) faktycznie skutkują wzrostem dzietności. Nawet we Francji, która ma stosunkowo wysoki przyrost naturalny, i rozbudowaną opiekę prorodzinną, nie wiadomo, czy jedno z drugim ma coś wspólnego. Nieoficjalnie profesor sugerował, że dużą dzietność Francja zawdzięcza przede wszystkim imigrantom. W Polsce, żeby uzyskać pożądany efekt, potrzeba by było 3 mln imigrantów. Kto się na to zgodzi i skąd ich wziąć? Zdaniem Balcerowicza nic nie zastąpi przedłużenia wieku emerytalnego, a tzw polityka prorodzinna nie czyni cudów. To w pewnym stopniu nowomowa, którą posługują się politycy, żeby przypodobać się wyborcom. Za tę wypowiedź stawiam „5” (w skali 1-5).

JANUSZ PALIKOT z okazji „dnia kobiet” postanowił wręczać paniom prezerwatywy. Podobnie jak prof. Władyka (w Radiu TOK FM), jestem tym gestem zażenowany, więcej, uważam ten gest za chamski i dziwię się marszałkini (?) Wandzie Nowickiej z Ruchu Palikota, że taki upominek przyjęła. Seks jest sprawą prywatną, za jego „bezpieczeństwo” odpowiadają obie strony, w związkach jedno-płciowych środki antykoncepcyjne są niepotrzebne, w sumie wybryk Palikota oceniam na „2”.

PAWEŁ ŚPIEWAK zwrócił uwagę w TVN 24, że Platforma Obywatelska jest w dużym stopniu skupiona na sprawach ekonomicznych (patrz expose premiera Tuska), inne sprawy pozostają daleko w tyle. Trudno porwać opinię publiczną przy pomocy suchych liczb i nie wiele więcej. Faktycznie, coś w tym jest, Platforma oddała sprawy obyczajowe Ruchowi Palikota, politykę historyczną, kwestię wychowania obywatelskiego – naród, patriotyzm, historia – narodowej prawicy, a sama została z suchymi wskaźnikami. Np. Platforma nie mówi nic o narastających nierównościach majątkowych w Polsce, które należą do najwyższych w Unii Europejskiej. Platforma, skupiona na reformie emerytalnej i otwieraniu dostępu do rozmaitych profesji, na polityce małych kroków, nie potrafi rozpalić marzeń, patrzy pod nogi, a nie w górę. To jest pewien minus. Prof. Śpiewak dostaje „5”.

JAROSŁAW KACZYŃSKI swoim zwyczajem pokazał Tuskowi gest Kozakiewicza – prezes nie spotka się z szefem rządu w sprawie reformy emerytalnej i krytykuje liderów innych partii, którzy „z otwartymi buziami” słuchali premiera. Poniżej Baracka Obamy nikt nie jest w stanie przyciągnąć prezesa PiS na spotkanie z prezydentem bądź z premierem. Tak prezes rozumie rolę opozycji. Mnie to akurat nie przeszkadza, to prezes odpowiada za taktykę swojej partii, którą widzi jako opozycję totalną wobec rządu Tuska, jaki zdaniem PiS jest nieszczęściem. Nie podoba mi się natomiast, że Jarosław Kaczyński neguje konieczność przedłużenia wieku emerytalnego, opowiada się za pozostawieniem obecnego systemu (60/65), z małymi ulepszeniami. To już uważam za czysty populizm. Ponieważ reforma jest niepopularna, acz konieczna, prezes opowiada się po stronie PiS, a nie po stronie rozsądku. Za to należy się dwója.

DONALD TUSK dwoi się i troi, a od kiedy Platforma znacząco spadła w sondażach (z ponad 40 proc. do poniżej 30 proc. poparcia w czasie kilku miesięcy), premier bardzo się uaktywnił. Dawniej znikał nawet na kilka dni, aż pojawiały się pytania „Gdzie jest Tusk?”, teraz szef rządu jest wszędzie. Faktem jest, że w jego nowym rządzie, jest zaledwie kilku polityków, którzy potrafią składnie bronić swojej polityki (Rostowski, Gowin, Sikorski), wielu albo nie widać, albo nie są przekonujący (Pawlak, Arłukowicz, Nowak). W Sejmie jest podobnie, Schetyna milczy, Rafał Grupiński porywający nie jest. Donald Tusk dostaje „tróję” za HR i PR. Kto nie zna tych skrótów – niech się lepiej uczy języka anglopolskiego.

4.03.2012
niedziela

Herezje na prawicy

4 marca 2012, niedziela,

W obozie prawicowych patriotów pojawił się głos rozsądku, który warto odnotować. Mam na myśli esej Dariusza Karłowicza, filozofa i publicysty, „Duch partyjnej polityki” („Rz. 11-12 lutego). Karłowicz
(dalej D.K.) jest prawdziwym intelektualistą, specjalistą od Platona, niestety – jak wielu uczonych – pisze trudno. Ale warto się pomęczyć. Analizuje on skutki „obchodów” 11 listopada, w szczególności Marszu Niepodległości z udziałem ONR oraz Marszu Tolerancji, z udziałem lewicowej ekstremy. Jeszcze 10 listopada nikt nie kwestionował celowości świętowania rocznicy odzyskania niepodległości. Nazajutrz, po awanturze, lewica była górą, „sklejki faszyzm – niepodległość wchodzą do obiegu”, ubolewa D.K. Zdaniem autora, udział ONR w Marszu Niepodległości był korzystny dla lewicowej ekstremy. „Czy rzeczywiście trzeba było pomagać ekstremie? A czym pomogliśmy? A czym jak nie ONR-em, którego obecność legitymizuje nowolewicową zadymę- ukazując ją jako inicjatywę serio, jako postawę poważną i odpowiedzialną. A co mówią prawicowi obrońcy marszu: może z tym ONR-em owszem, słabo wyszło, ale trzeba pamiętać, iż dzisiejszy ONR już nie jest ten sam co kiedyś, lecz całkiem inny, naprawdę, całkiem inny, a zresztą to on zawsze był demonizowany (…) od złego młodzi się odcięli i nie ma śladu po dawnych demonach”.

Karłowicz ubolewa, że postawa centrowa na prawicy zyskuje wizerunek (głównie dzięki aliansowi z ONR-em) postawy skrajnej. Umiar nie jest w cenie – najświętsze zaklęcia i relikwie („drugi obieg”, „bojkot”, „Państwo Podziemne”, „niepodległość”, „kolaboracja”) już bez zbędnych zastrzeżeń i cudzysłowów służą nie tylko, powiedzmy to, do niezbyt skromnej autodefinicji (ja bym powiedział „autoreklamy” – Pass.), czy budującej tożsamość retoryki, ale również do stygmatyzowania przeciwników lub (co gorsza) załatwiania partyjnych porachunków.

Wraz z nasilającą się walką o monopol PiS na prawicy wzmaga się „szczególnie smutne zjawisko – mokra, partyjna robota wykonywana instrumentem moralno–patriotycznego oburzenia. Prawicowy dziennikarz, który występuje w TVN albo w TOK FM (a nie jest entuzjastą PiS, albo co gorsza, ceni Ziobrę lub PJN!), to zdrajca i sprzedawczyk…

Wszystko to najkrótsza droga do zmiany prawicy w sektę. Staraniem ONR-u kontrowersyjna stała się idea świętowania niepodległości. PiS zajął się 13 grudnia, w kolejce czeka Wigilia, 15 sierpnia, 1 i 17 września itd. Pomysłów nie zabraknie” – pisze Karłowicz, niewątpliwie zatroskany o to, żeby takie, utylitarne traktowanie patriotyzmu przez prawicę, nie usytuowało jej na pozycjach ekstremy, prowadząc do oddania centrum.

Warto odnotować ten głos rozsądku, osobny na prawicy. Nareszcie ktoś, kto miał odwagę odciąć się od ONR-owców przebranych za godnych szacunku patriotów, maszerujących obok rodzin, matek i dzieci. Za swoje herezje, Karłowicz został przywołany do porządku przez Jacka Karnowskiego w „Uważam, Rze”, ale jego wywodów streszczał nie będę. W kwestii szantażu patriotycznego warto za to poczytać Andrzeja Romanowskiego i Andrzeja Walickiego, ale o tym innym razem. Esej Karłowicza zasługuje na uznanie.

1.03.2012
czwartek

O, Holender!

1 marca 2012, czwartek,

Tytuł, „O, Holender!”, nie jest mój, już go gdzieś widziałem, ale lepszy nie przychodzi mi na myśl. Chodzi mi o nastroje wobec Polaków i innych imigrantów w Holandii. Jakaś partia w tym kraju robi na tym interes, (wiadomo – wyborcy), jacyś ksenofobi utworzyli portal skarg i donosów na pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej w Unii Europejskiej, w Polsce przebywał holenderski minister, który – podobnie jak premier Holandii – podkreśla, że to jest portal prywatny i rząd nie ma nic do tego, ale jednak się odciął, politycy holenderscy wyrażają się z uznaniem na temat „95 proc. Polaków zatrudnionych w Holandii, ale…”

W związku z tym wszystkim chciałem przytoczyć list – mail, jaki moja znajoma, dyrektor muzeum (ale nie Narodowego), otrzymała od swojego znajomego, wybitnego specjalisty holenderskiego, który odmówił jej złożenia wizyty w Polsce. (Imiona i szczegóły zostały przeze mnie zmienione, żeby autor listu nie został zidentyfikowany).

„ Droga Matyldo!

Ponieważ już raz odmówiłem Ci przyjazdu do Polski, czuję się w obowiązku wyjaśnić dlaczego. To długa i smutna historia, ale pragnę Cię zapewnić, że to nie jest nic osobistego w stosunku do Ciebie, po prostu chcę wytłumaczyć dlaczego mam opory przed wyjazdem do Polski.

W małej miejscowości, w której mieszkam, około 800 m. od mojego domu, zamieszkali Polacy (w oryginale ‘polaks’), którzy przez cały rok poszukują pracy u rolników. Musiałem zbudować dwumetrowe ogrodzenie dookoła mojego domu, ponieważ z szopy w ogrodzie trzy razy ukradziono mi rowery. Nazajutrz widziałem „polaks” na moich rowerach. Kiedy udało mi się ich zatrzymać, mówili, że rower kupili od innego Polaka, który akurat wyjechał w nieznanym kierunku, nie wiadomo na jak długo.

Pewnego razu, kiedy wynosiłem wieczorem śmieci do pojemnika w ogrodzie, przyłapałem pewną Polkę, która usiłowała ukryć się w krzakach. Powiedziała mi po polsku (!), że chodzi jej o rower, bowiem nie wiedziała, że tyle po polsku rozumiem. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu, po raz drugi obrabowany i pobity został właściciel pobliskiego sklepu. Policji udało się złapać jednego ze sprawców. Zobacz link (tu następuje link).

Ludzie w naszej miejscowości zaczynają się bać. Dealer wyrobów elektronicznych, który mieszka 5 domów ode mnie, został pewnej nocy obrabowany, a gdy odmówił wydania pieniędzy, zrzucili mu telewizor na nogi, dotkliwie go raniąc. Dwa tygodnie temu włamano się do kilku domów na naszej ulicy, właściciel jednego z nich obudził się i wystraszył sprawców, którzy uciekli. Po przybyciu na miejsce, policja zauważyła, że na chodniku przed kilkoma domami na naszej ulicy leżą produkty żywnościowe. Złodzieje skupili się na okradaniu zamrażarek, które niektórzy mieszkańcy trzymają w szopach, za domem. Skradzione dobra rozłożone były wzdłuż ulicy, były przygotowane do zabrania przez samochód. Dla mieszkańców miasta było jasne, że musieli to zrobić Polacy, którzy mieszkają opodal.

W zeszłym miesiącu policja aresztowała dwóch ‘polaks’, którzy obrabowali sprzedawcę warzyw. Tak się składa, że moja żona, która prowadzi przedszkole, dobrze tego sprzedawcę zna, ponieważ jest on clownem – amatorem i czasami przychodzi do dzieci.

Wiem, że nie można wyrabiać sobie opinii o jakimś kraju tylko na podstawie postępowania niewielkiej grupki. Bardzo bym chciał zobaczyć Ciebie i Twoje muzeum, ale nie bardzo mogę wybrać się do Polski i skorzystać z twojego miłego zaproszenia”.

Tyle list. Bardzo jestem ciekaw opinii blogowiczów na ten temat, zwłaszcza tych, którzy mieszkają w krajach Unii Europejskiej.