Zima Tuska

2010/02/5, piątek

Przed wyjazdem na ferie – krótkie podsumowanie.

Donald Tusk bardzo dobrze poradził sobie z komisją hazardową. Jarosław Kaczyński też dobrze wypadł, ale on miał łatwiejsza rolę, wystarczyło, że przybrał „new look”, łagodny, ciepły dla wszystkich (z wyjątkiem Tuska).

Liderzy obu partii wyraźnie górują nad swoim otoczeniem. Tzw. afera hazardowa pokazała, że zarówno oskarżeni (Chlebowski, Drzewiecki), jak i ich pogromcy (arogancka Kempa!) to jednak niższa klasa niż Tusk. Zeznając przez 13 godzin premier pokazał, że „żongluje materiałem” („na czwórkę to trzeba żonglować materiałem”, jak mówiła pewna nauczycielka). Jest opanowany, ma mocne nerwy, nawet niepytany - potrafi przekazać własne stanowisko (np. w sprawie roli CBA i Mariusza Kamińskiego), nie daje się zbić z tropu, mówi co prawda rozwlekle, z użyciem wielu zdań złożonych, ale pod względem kultury ogólnej ma przewagę nad większością polityków, także z Platformy. Obywatele, którzy choć przez chwilę oglądali (słuchali) obrady komisji, mogli się nie zgadzać, ale nie musieli wstydzić się za premiera. Tusk właściwie przyznał, że coś takiego, jak afera hazardowa (choć to termin przesadny) istniało, a nawet, że w stosownym momencie za nią przeprosi. Kilkakrotnie dystansował się od postępowania bliskich współpracowników, starał się być obiektywny i sprawiedliwy, choć na pewno nie wszystkich przekonał. Sam nie jest bez winy, gdyż nie tylko pozostawił Kamińskiego na czele CBA, ale liczył, że polityk PiS będzie lojalny i pozwolił mu zbudować państwo w państwie. Teraz wychodzą w CBA jakieś nieprawidłowości, w tym nawet podobno podsłuchiwanie rozmów (ówczesnego) ministra Drzewieckiego, które wskazują na to, że Kamiński nie próżnował.

Przesłuchania Tuska i Kaczyńskiego właściwie nie wniosły niczego nowego. Tusk mówił, że Kamiński wykorzystał naganne kontakty Chlebowskiego i Drzewieckiego, żeby zastawić na niego pułapkę, a Kaczyński, że to jest afera rządu i Tusk jest w kręgu podejrzeń. Czyli - nic nowego. Komisja prochu już nie wymyśli, dymiącego pistoletu nie znajdzie. Oczekiwane z nadzieją przez opozycję przesłuchanie Tuska wcale go nie pogrążyło – wręcz przeciwnie. Pozostaje słowo przeciwko słowu.

Prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała w TVN 24, że mając do wyboru Tuska i Kamińskiego, wierzy Kamińskiemu, który jest „fanatykiem prawdy”. Moim zdaniem, Kamiński jest fanatykiem prawdy, ale jest to prawda PiS. Tak czy owak, komisja mogłaby się zwijać, gdyby nie to, że jest wygodną areną dla opozycji, a koalicja nie bardzo może forsować szybkie rozwiązanie, gdyż naraża się na zarzut ukrywania prawdy. Czyli show musi trwać. Dla demokracji może to i dobre, gdyby nie fakt, że transmisje telewizyjne deprawują polityków, którzy się popisują. Celuje w tym posłanka Kempa, która ma ambicje aktorskie. jej pytania cieszą się największym wzięciem złaknionej krwi publiczności.

Istnieje jednak świat poza komisją. Tam Donald Tusk ma powody do zadowolenia. „Polska nigdy nie była bezpieczniejsza, bogatsza i lepiej rządzona” – czytamy w „The Economist” - najbardziej prestiżowym tygodniku na świecie. I dalej: „Polska ma coś, co jest rzadkością w UE i niemal nie występuje na postkomunistycznym Wschodzie: rozsądny, centroprawicowy rząd dysponujący większością w parlamencie…” Zielona wyspa wzrostu gospodarczego w Europie, spokój wewnętrzny, dobra opinia w świecie, zaproszenie od Putina na wspólne obchody w Katyniu – Tusk może być zadowolony. Jeszcze gdyby udało się (drobiazg) zreformować, choć częściowo – zgodnie z zapowiedzią - finanse publiczne, to już byłby cud.

Fortuna jednak zmienną jest… Wystarczy dotkliwa powódź, żeby akcje rządu spadły. Wycofanie się Tuska z wyborów prezydenckich spowodowało, że ich wynik przestał być przesądzony. O tym, kto zostanie kandydatem PO zadecyduje Tusk, który na polskiej scenie politycznej jest na razie panem i władcą.

Polska ma kilku innych dobrych kandydatów (Komorowski, Olechowski, Cimoszewicz, Sikorski ), ale w tych wyborach najlepszy wydaje się Komorowski. Ładna przeszłość opozycyjna, doświadczenie w rządzeniu, odpowiedni wiek (56 l.), tonizujący sposób bycia i „marszałkowania”, wszystko to budzi zaufanie. Na jego tle Radosław Sikorski wydaje się trochę zbyt młodzieńczy, czasami w swoich wypowiedziach i zachowaniach niefrasobliwy, egocentryczny (w wywiadzie dla „Wyborczej”, poświęconym pracy MSZ, cały czas mówił „ja” – ja kupiłem, ja unowocześniłem, ja skomputeryzowałem…). Sikorski byłby (i mam nadzieje, że będzie…) dobrym prezydentem, ale za dwie kadencje, na razie – jak ktoś powiedział – jest dla niego o jedno okrążenie za wcześnie.

To ja, chyba pierwszy (samochwała ze mnie), napisałem (w książce „Choroba dyplomatyczna”), że Sikorski nosi buławę prezydencką w tornistrze, był wtedy wiceministrem spraw zagranicznych, a ja skromnym ambasadorem. Nadal tak uważam, ale wszystko we właściwym czasie…

W sumie – zima jest Tuska. Czyja będzie wiosna – nie wiadomo.

Putin - Katyń - Tusk

2010/02/4, czwartek

To bardzo dobrze, że premier Putin w rozmowie telefonicznej zaprosił premiera Tuska na obchody do Katynia. Z tego zaproszenie wynika prawie na pewno, że i Putin tam będzie.

To poważny sukces polityki zagranicznej Tuska, Sikorskiego i … profesora Adama Daniela Rotfelda, współprzewodniczącego polsko - rosyjskiej komisji do spraw trudnych. Decyzja Putina oznacza krok naprzód w stosunkach polsko - rosyjskich i w kierunku uznania przez obecne władze rosyjskie znaczenia prawdy o Katyniu i konsekwencji tej zbrodni dla stosunków pomiędzy oboma państwami i narodami. Umiarkowana, pragmatyczna polityka zagraniczna rządu Tuska przynosi efekty na Zachodzie (nowy niemiecki minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle wybrał Polskę na cel swojej pierwszej podróży zagranicznej, i mocno przeciwstawia się aspiracjom Eriki Steinbach) i na Wschodzie (wizyta prezydenta Miedwiediewa na Westerplatte, a teraz zaproszenie Tuska).

Nie bez podstaw kilka dni temu „The Economist” (przedruk „Rz.” 1 II) w pełnym uznania artykule na temat Polski, pisze m.in. „Nowa polska polityka zagraniczna jest sukcesem, szczególnie po poprzedniej, której głównym celem wydawała się utrata przyjaciół i zrażanie do siebie ludzi. Polska, pod kierownictwem ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego, zdołała poprawić stosunki ze wszystkimi swoimi sąsiadami (…). Polskie stosunki z Rosją, niegdyś równie (jak z Niemcami) neurotyczne z obu stron, uspokoiły się…”

O możliwym spotkaniu obu przywódców jako pierwsza napisała “POLITYKA” we wrześniu 2009 r.

Gest Putina (niewątpliwie przygotowany przez dyplomację obu stron), będzie miał także znaczenie w polskiej polityce wewnętrznej. To plus dla rządu Tuska, umocnienie pozycji Sikorskiego (kandydata na kandydata Platformy w wyborach prezydenckich), odpowiedź na zarzuty Jarosława Kaczyńskiego, że Polska Tuska - Sikorskiego nie ma żadnych sukcesów w polityce zagranicznej („po co zaproszono Miedwiediewa?” itd). Cichym bohaterem dnia jest profesor Adam Rotfeld, znakomity dyplomata, świetny negocjator, uroczy człowiek, którego zasługi trudno przecenić. To jeden z tych byłych ministrów Spraw Zagranicznych, którym bracia Kaczyńscy odmówili zaufania.

Jak słychać, w zamian za gest Putina należy oczekiwać, że premier Tusk pojedzie 9 maja do Moskwy na obchody rocznicy zakończenia II Wojny Światowej. Do defilady doproszono jednostkę Wojska Polskiego. Aczkolwiek koniec wojny przyniósł Polsce rozwiązanie dalekie od wymarzonego, to jednak Armia Czerwona wyzwoliła Polskę spod okupacji niemieckiej, zanim Moskwa zaprowadziła tu własne porządki. Zapomniał o tym prezydent Lech Kaczyńskie, który w artykule w przeddzień rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego, napisał, że Auschwitz „wyzwolono” i w całym tekście nie wspomniał ani razu, kto obóz wyzwolił.

Jeszcze raz widać, że odsunięcie braci Kaczyńskich od władzy wychodzi Polsce na dobre.

Echo z Haiti

2010/01/31, niedziela

Jakoś dziwnie bez echa minęła wyprawa naszych ratowników z psami na Haiti.

Przed wyjazdem bez końca powtarzano, że specjalna ekipa z 12 specjalnie wyszkolonymi psami poleci na Haiti. W trakcie pobytu naszej  ekipy na Haiti, wiele mówili o niej wysłannicy polskiej TV (w każdym razie Fakty TVN). Po powrocie natomiast – cicho. Jakieś dziwne milczenie. Widziałem jedną rozmowę w gazecie (że było strasznie pod każdym względem) i jeden obszerniejszy artykuł w „NIE” (nr 5/2010).

Od trzęsienia ziemi 12/13 stycznia do wylotu polskiej ekipy 15 stycznia minęło ok. 2-3 dni. Miałem wtedy wrażenie, że decyzja i wylot nastąpiły późno, nie wiedziałem jeszcze jakie ogromne komplikacje wystąpiły po wylądowaniu polskiego samolotu w Dominikanie (nie otrzymali zgody na lądowanie w Haiti). W rezultacie morderczej, trwającej ok. 50 godzin podróży samolotem, wynajętymi autobusami i ciężarówkami, wreszcie pieszo, ze sprzętem na plecach, w ponad 35-stopniowym upale, polscy ratownicy przystąpili do pracy 17 stycznia. Z artykułu Maliny Błańskiej w „NIE” wynika, że polscy ratownicy mieli ciężki los, a pożytek z całej wyprawy był nieproporcjonalny do wysiłku.

„Nasi ratownicy stawali na łbie, by pomóc poszkodowanym – czytamy. Światowy poziom sprawności sprawił, że poradzili sobie z akrobacjami, które przyszło im odstawiać tylko dlatego, że politykom w samarytańskim szale zebrało się na gest, który już przed wyjazdem skazany był na klęskę. Wtedy przecież było wiadomo, że Haitańczycy zmienili zdanie i nie wpuszczą naszych.”

Być może w obliczu nieszczęścia oraz w obliczu imponującej postawy naszych ratowników, politycy i dziennikarze  nabrali wody usta. Ja bym jednak chętnie przeczytał wnioski z wyprawy, jakieś podsumowanie, jakieś sugestie na przyszłość. To się chyba należy ratownikom i społeczeństwu. Podobno tylko 11 państw na świecie ma taki zespół ratowników, jak Polska. Tym bardziej warto się dowiedzieć, co oni o tym wszystkim sądzą.

Na naszym blogu Marek wyraża się z uznaniem o geście Hugo Chaveza, który anulował cały dług Haiti wobec Wenezueli za ropę naftową (1/3 całkowitego  zadłużenia tego kraju). Być może zamiast męczyć ludzi i psy, należało sięgnąć do sakiewki? Ale czy i kto mógł to wiedzieć – oto jest pytanie.

Spotkanie z Danielem Passentem - wideo

2010/01/30, sobota

Filmowa relacja z premiery książki “Pod napięciem” - autorstwa publicysty POLITYKI i naszego blogera - Daniela Passenta.

26 stycznia 2010 r. odbyło się spotkanie związane z premierą książki publicysty “Polityki” Daniela Passenta “Pod napieciem”. Książka ta stanowi zbiór felietonów Passenta publikowanych w “Polityce” w latach 2002-2009.

Cała władza w ręce Tuska

2010/01/28, czwartek

Znów nie miałem racji. Kilka dni temu pisałem, że „Tusk powinien kandydować”, a Tusk postanowił odwrotnie. (Przy okazji przyćmił przesłuchanie Drzewieckiego w komisji hazardowej).

Choć sam radziłbym inaczej – rozumiem Tuska. Powołując się na swoją „niezłą intuicję”, na poparcie opinii publicznej w sondażach, na najlepszy w Europie wynik naszej gospodarki w ubiegłym roku, Donald Tusk liczy, że Platforma weźmie wszystko – wygra wybory prezydenckie, samorządowe i parlamentarne. Będzie miała wystarczającą władzę, żeby przeprowadzić swój plan. Jaki to będzie plan – w dziedzinie gospodarczej i finansowej ma ujawnić jutro. Czas najwyższy, ponieważ od pewnego czasu coraz częściej pojawiało się pytanie: Po co Platforma chce rządzić? Plany gospodarczo - finansowe, jakie ogłosi premier (ciekawe, czy pokazał je w końcu wicepremierowi Pawlakowi), mają to do siebie, że (a) będą kwestionowane przez część ekonomistów i opozycję, bo tak zawsze jest, i (b) nie będą porywające. A przed Platformą kampania – trzeba pokazać swoje plany w szerszym niż gospodarka zakresie, jaka ma być Polska według Platformy – europejska, świecka, tolerancyjna, partnerska czy zadufana, wyznaniowa i rozgoryczona.

Jak przystało na rasowego polityka, Tusk nie ukrywa, że interesuje go władza, nie interesuje go (na razie) „zamieszkanie w pałacu”, chociaż to sformułowanie jest nieco deprecjonujące urząd prezydenta, o który przecież kandydat Platformy będzie się ubiegał. Kto będzie tym kandydatem? Prawdopodobnie Bronisław Komorowski, formalnie druga osoba w państwie, faktycznie polityk o ładnej przeszłości w opozycji demokratycznej, ojciec wielodzietnej rodziny, dobry marszałek Sejmu, człowiek zrównoważony, rozsądny, z małym elektoratem negatywnym.

Tuska interesuje realna władza, oczywiście władza dla Polski (każdy tak mówi), ale jaka to ma być Polska – tego jeszcze nie powiedział. A to jest najważniejsze. Jeżeli Tusk i Platforma zdobędą całą władzę i dalej nie przeprowadzą najważniejszych reform – w tym finansów, systemu emerytalnego, edukacji, to wszyscy zapłacimy za to wysoką cenę.

Sięgając po pełnię władzy, Donald Tusk bierze na siebie ogromną odpowiedzialność.

Elita zboczeńców

2010/01/27, środa

Nieustannie walcząc z autorytetami moralnymi i pseudo-elitą, czwarta RP i jej zwolennicy sięgają do coraz to nowych argumentów. Nie dość, że pseudo-autorytety w młodości komunizowały, a na starość kolaborowały, a w III RP utworzyły salon, gazetę i na każdym kroku węszą antysemityzm, to na domiar złego jeszcze… kochają inaczej. Rafał Ziemkiewicz – jeden z autorytetów IV RP – w felietonie na łamach “Rz.” (9.I) demaskuje najpierw Marka Hłaskę, a potem i inne pseudo-autorytety homoseksualne. Ziemkiewicz pisze, że gardzi Markiem Hłaską – to jego prawo. Nie było go chyba jeszcze na świecie, kiedy Hłasko opisywał zupełnie inną Polskę, niż ta z oficjalnej propagandy, kiedy pisał językiem Polaków, a nie PRL. Wtedy Hłasko był zjawiskiem. Kiedy wściekał się na niego i prześladował go Gomułka – nie był to żaden “tchórz, gówniarz i pozer”, jak go określił Andrzej Bobkowski, a w ślad za nim Rafał Ziemkiewicz. Kiedy pisze o “ucieczce Hłaski z Polski”, a nie o tym, że Gomułka kazał go nie wpuścić – to tylko mija się z prawdą. Tego wszystkiego Ziemkiewicz może nie pamiętać nie wiedzieć, być innego zdania. Do tego momentu różnice poglądów na Hłaskę mieszczą się w granicach przyzwoitości.

Gorzej, kiedy do walki z autorytetami red. Ziemkiewicz włącza życie prywatne Hłaski i innych. Powołując się na książkę Barbary Stanisławczyk “Miłosne gry Marka Hłaski”, felietonista “Rz.” twierdzi, że Hłasko “kleił się do mężczyzn”, a jego “związki z prominentnymi pederastami, jak ich w owych czasach prostolinijnie nazywano, służyły wyłącznie karierze”. Jak wytropiła pani Stanisławczyk, “najważniejszymi pismami literackimi kierowali – bezpośrednio lub pośrednio – homoseksualiści”, Wilhelm Mach, Jerzy Andrzejewski, Jarosław Iwaszkiewicz, Julian Stryjkowski, Henryk Bereza. Chyba przez wrodzoną delikatność (Ziemkiewicz pisze o sobie, że jest tolerancyjny) autor nie wymienił homoseksualistów, którzy dzisiaj trzęsą życiem literackim, salonem, “Wyborczą”, a może nawet całą III RP. Zamiast tego Rafał Ziemkiewicz wyciąga wnioski ogólne. Pisze, że “homoseksualiści byli dla realnego socjalizmu mniejszością idealną trzymaną w ścisłym posłuszeństwie obyczajowymi ‘hakami’ (…) po latach warto by prześledzić ten mechanizm doboru peerelowskiej elity, z której wyrosła dzisiejsza warstwa autorytetów moralnych”.

Prawda, jakie to proste? Życiem literackim PRL trzęśli “pederaści”, a z nich wyrosły dzisiejsze autorytety moralne. Zastanówmy się - kim dla czytelników Ziemkiewicza są dzisiejsze tak zwane “autorytety moralne”? Zaryzykuję kilka nazwisk: Lech Wałęsa, Adam Michnik, Helena Łuczywo, Bogdan Borusewicz, Władysław Bartoszewski, Henryk Wujec, Tadeusz Mazowiecki, Władysław Frasyniuk, Leszek Balcerowicz, Andrzej Wajda, Zbigniew Bujak, duchowni – Tischner, Pieronek, Życiński – i inni. Dlaczego Rafał Ziemkiewicz sugeruje, że dzisiejsza elita pochodzi z nieprawego, homoseksualnego łoża – tego nie wiem. Być może chodzi po prostu o to, żeby przeciwko pseudo-elicie wykorzystać także homofobię. Każda broń jest dobra.

Wystarczy poczytać dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza czy Zygmunta Mycielskiego, żeby się dowiedzieć, jak się żyło homoseksualistom w Polsce Ludowej, by docenić, ile ci ludzie wycierpieli z powodu swoich preferencji seksualnych.

Poza tym, grzebanie w cudzej pościeli i dorabianie do tego ideologii wydaje mi się niesmaczne.

Jednoręcy politycy

2010/01/25, poniedziałek

Polska to jednak szczęśliwy kraj. Najbardziej zawzięte spory dotyczą dziś afery hazardowej, która jest stosunkowo niewielka w porównaniu z aferami na świecie, gdzie bierze się (jak to było kiedyś w Tokio) miliony dolarów za kupno samolotów.

Gdyby nagle okazało się, że minister Obrony wziął miliony za kupno samolotów F 16 – to rozumiem, to by była afera na miarę 40-milionowego państwa w centrum Europy. Ale jednoręcy bandyci – to naprawdę poniżej naszych mocarstwowych aspiracji.

W pełni sezonu politycznego nasze życie polityczne okazuje się merytorycznie i programowo ubogie. Połowa komentatorów zastanawia się, czy Tusk będzie startował w wyborach prezydenckich, analizuje szanse, stara się wniknąć w głąb duszy hamletyzującego premiera, rozpatruje ewentualne szanse Komorowskiego i Sikorskiego, a także kandydatów już zgłoszonych – np. Olechowskiego, Szmajdzińskiego, ale merytorycznie, programowo – nic. Jaką różnicę robi, czy Tusk będzie kandydował, czy nie – tego nikt nie wyjaśnia. Jakie znaczenie programowe ma kto zostanie kandydatem PO, co ma do zaoferowania Olechowski, na kogo i dlaczego może liczyć ten lub inny kandydat? – o tym cicho sza, ani słowa. Milczą nawet sami kandydaci.

Kilka dni temu zamieściłem na tym blogu post na temat umieszczania ocen z religii na świadectwach i wliczania ich do średniej ocen w szkołach publicznych. Zreferowałem pobieżnie zdanie odrębne prof. Ewy Łętowskiej zgłoszone w Trybunale Konstytucyjnym 2 grudnia ub.r. Od grudnia czekałem, aż jakiś słynny dziennikarz albo dziennikarka zaprosi do studia radiowego lub telewizyjnego panią profesor, może „Rzeczpospolita” lub „Polityka” zapyta, jakie pani profesor ma argumenty, co sądzi o tym, że jest jedyna w swoich poglądach, gdyż pozostali członkowie TK - wszyscy byli innego, nazwijmy to proreligijnego, czy prokościelnego zdania. Czy pani profesor czuje się czarną owcą? Czy załamuje ręce? Nic z tych rzeczy, nie widziałem w mediach tych ani innych pytań. Czyżby nikt ich nie zadał? Czyżby to było nieważne?

Za to posłanka Beata Kempa nie schodzi z ekranu TV. Ona jest gwiazdą PiS, a poseł Bartosz Arłukowicz to mąż opatrznościowy lewicy. Już się o nim mówi, że może zagrozić Napieralskiemu. Nawet prasa propisowska go chwali, bo dobrze przesłuchuje Platformę. A czymże ci państwo zasłużyli sobie na to zainteresowanie mediów? Chyba tylko tym, że umieją się pojedynkować, wypytywać, przepytywać, dociekać, że nie peszą ich kamery ani media, że jako „komisarze” są godnymi następcami Ziobry i Rokity? Że nie boją się rządu? Kiedyś to było aktem odwagi, ale dzisiaj – każdy to potrafi. Wychodzi na to, że ważne sprawy – typu orzeczenia Trybunału, i mądre osoby – jak prof. Ewa Łętowska, idą w kąt, bo mamy sprawy ważniejsze.

Wiem, wiem, korupcja, „Trąd w pałacu sprawiedliwości”, fakt, że minister Drzewiecki i przewodniczący klubu poselskiego partii rządzącej, Chlebowski, utrzymywali podejrzane kontakty, a może nawet używali swych wpływów dla dobra Rycha i Zbycha, to nie są błahostki, ale przecież na tym się świat nie kończy. Podobnie jak na dylemacie – Tusk, Sikorski czy Komorowski?

Niestety, spory programowe zeszły na dalszy plan. Od kiedy groźba IV RP została – na szczęście - odsunięta, meritum przestało się liczyć, bo lewica jest słaba, skrajna prawica wyciszona, a pozostała prawica podzieliła się na rząd i opozycję. Nowe gwiazdy, Arłukowicz i Kempa, nie mają nic do zaproponowania poza stylem. To raczej gladiatorzy niż politycy w dawnym rozumieniu tego słowa, kiedy w polityce o coś chodziło. Świeckie państwo? Polacy w Afganistanie? Juszczenko i Saakaszwili a sprawa polska? Media, tak zazwyczaj dociekliwe, wstrzymały oddech. Liczy się zima, polscy ratownicy w Haiti, no i poselskie trio – Arłukowicz, Kempa, Sekuła.

Ciekawie mówił o tym (w „Rz”.) Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego. W „społeczeństwie spektaklu” liczą się politycy medialni, którzy potrafią skupić na sobie uwagę publiczności. Poseł Arłukowicz zyskał na Twitterze więcej zwolenników niż całe SLD – mówi Mistewicz. Włoski polityk, żeby zyskać uwagę publiczności, gotował w TV risotto i jednocześnie mówił o polityce zagranicznej. Zdaniem Mistewicza – nie ma innego wyjścia, kto chce liczyć się w polityce, ten musi być gotów świętować na potrzeby prasy Wigilię w październiku.

Prawdę tę zrozumiał już nie tylko premier Tusk, ale i prezydent Kaczyński. Czyli prof. Łętowska, jeśli chce dotrzeć do opinii publicznej ze „swoją” sprawą, musi najpierw dokazywać, jak Palikot - udzielić wywiadu „Gali” (która jej o to nie poprosi) lub wystąpić w „Tańcu z Gwiazdami”. Prędzej jednak zatańczą Bartosz Arłukowicz i Beata Kempa.

***

Modlitwa o średnią

2010/01/22, piątek

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznaje wliczanie oceny z religii do średniej ocen w szkole, wywołał znacznie mniejsze echo niż rozmowy posła Chlebowskiego na cmentarzu, a moim zdaniem sprawa jest ważniejsza.

TK uznał, że skoro nauka religii jest zgodna z Konstytucją, to ocena może być umieszczana na świadectwie, a w konsekwencji – wliczana do średniej. Nie jest to decyzja błaha, ponieważ średnia ocen ułatwia dostęp do dalszych szczebli edukacji oraz ułatwia otrzymanie stypendiów, a świadectwo szkolne jest oficjalnym dokumentem władzy publicznej. Moim zdaniem, umieszczanie oceny z religii, której programu państwo nie ustala i nie kontroluje, a jedynie finansuje, jest niezgodne z zasadą rozdziału kościołów (konkretnie - jednego kościoła) od państwa.

Zdumiewające, że od tego wyroku zgłoszono tylko jedno zdanie odrębne (prof. Ewa Łętowska), a cała sprawa minęła bez echa. Nic nie było – gramy dalej, i śledzimy pojedynek Kempa – Chlebowski. A ja sledze inny „pojedynek” – kościoła i państwa. Jak podkreśla prof. Łętowska w swoim uzasadnieniu, ani religia, ani etyka nie jest zwykłym przedmiotem, nie jest neutralna ideowo. W obu chodzi o wpojenie określonych wartości: według Rocznika Statystycznego, 90 proc. społeczeństwa stanowią katolicy, a na ponad 38 tys. szkół, etyka jest nauczana zaledwie w 334!

Umieszczenie ocen z religii na świadectwie i wliczanie jej do średniej sankcjonuje tylko nierówność uczestnictwa kościołów w życiu publicznym, co narusza zasadę bezstronności władzy publicznej. „Włączenie stopnia z religii do średniej oznacza bowiem, że kościół dominujący uzyskuje (…) umocnienie pozycji przez wzmocnienie prawnego statusu”. Nauczanie religii faktycznie dominującej zyskuje także oficjalne imprimatur. W ten sposób realizuje się zasada „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Łk 19:26).

W jednym tylko nie zgadzam się z panią profesor. Otóż Ewa Łętowska pisze, że „trudno sobie wyobrazić, że naukę religii wybiorą osoby nie będące jej wyznawcami”. Otóż, wszystko wskazuje na to, że jest i będzie odwrotnie – w pogoni za średnią, a także ze zwykłego konformizmu dzieci, szkoły i rodziców, również osoby nie będące wyznawcami, będą uczęszczać na lekcje religii i odmawiały modlitwę. Tyle że będzie to modlitwa o średnią.

***

Amen.

Tusk powinien kandydować

2010/01/19, wtorek

Trudno być prorokiem we własnym kraju, zwłaszcza mnie, gdyż moje przepowiednie z reguły były fałszywe.

Nie podobała mi się trwająca od kilku lat zgadywanka (będzie – nie będzie kandydował?), to strata czasu, jałowa gadanina, ale presja i napięcie związane z decyzją Tuska i mnie się udzieliły. Więc może i my na blogu zaryzykujemy?

Bezpośrednią przyczyną mojego udziału w tym totolotku są zeznania Mariusza Kamińskiego przed komisją hazardową. Co prawda niewiele w nich nowego, a miejscami i sam Kamiński się pogrążył, ale atak na premiera jest i będzie tak silny, że Tusk nie będzie mógł nie startować w wyborach prezydenckich, bo wyglądałoby to na dezercję, a także obciążyłoby innego kandydata.

Co prawda komisja ma zakończyć prace do marca, a wybory mogą być pół roku później, i wiele może się zdarzyć, ale z decyzją nie można czekać. Każdy inny kandydat Platformy obecny będzie musiał tłumaczyć się za Tuska, Chlebowskiego, Drzewieckiego i innych. Tylko Tusk może stawić czoła tym atakom, wziąć je na siebie. Dotychczas mógł hamletyzować, ważyć „za i przeciw” kandydowaniu, czy warto zamieniać władzę faktyczną na iluzoryczną, czy warto wszczynać konflikt o przewodnictwo Platformy, czy można zostawiać partię w tak trudnym momencie, kiedy niektórzy jej czołowi działacze są w kłopocie hazardowym, a odium spada na całą partię.

Od tej chwili przeważają jednak argumenty za kandydowaniem Tuska na prezydenta – stawiając czoła Lechowi Kaczyńskiemu, nie uchyla się od konfrontacji z PiS, nie wystawia innego na ostrzał, nie chowa się za cudzymi plecami, nie deprecjonuje urzędu prezydenta wysuwając nań jednego ze swoich współpracowników. Spośród polityków Platformy ma największe szanse na zwycięstwo, w rezerwie jego partia ma kilku dobrych kandydatów na premiera (Bielecki, Komorowski, Gronkiewicz - Waltz), gorzej z następcą na stanowisku szefa partii (Komorowski zwolniłby stanowisko marszałka Sejmu, na które trzeba by poszukać następcy, może to być np. Sikorski, Klich albo Zdrojewski). I co więcej – wyborcy taką decyzję zrozumieją, inną – nie bardzo.

Uważam, że Donald Tusk powinien i będzie kandydował.

***

Moralina

2010/01/18, poniedziałek

Zanim dowiecie się Państwo, co to jest „moralina” – jedno wyjaśnienie. Ponieważ przeżyłem cały PRL – nic dziwnego, że nurtuje mnie ocena tamtych czasów. Dawno już nie czytałem tak mądrej wypowiedzi na ten temat, jak tego, co mówi Ludwik Flaszen.

Flaszen - dziś prawie 80-letni, zamieszkały od lat w Paryżu – wybitny krytyk i znawca teatru, jeden ze  współtwórców teatru Jerzego Grotowskiego, umysł niezależny, demaskator socrealizmu – w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim „Duży Format. GW” (14 stycznia 2010). Poniżej fragmenty na temat życia i pracy w PRL, które mnie najbardziej zainteresowały i uderzają trafnością.

W pierwszej części rozmowy Flaszen mówi, że w czasie nagonki w 1968 roku, a także z powodów osobistych, Grotowski rozważał możliwość samobójstwa. Potem Flaszen mówi o sprawach ogólniejszych: „W jaki sposób twórcze spełnienie artysty związane jest z wolnością. A może i – na sposób pokrętny – ze zniewoleniem? Np. w Rosji carskiej, nawet za Mikołaja I, kiedy car osobiście cenzurował pisarzy, powstała wielka literatura, a potem nowatorski teatr na poziomie światowym. Dziś lubi się wyciągać różne kompromitujące dokumenty z peerelowskiej przeszłości. Dla niektórych już sam fakt, że się w tamtej epoce tworzyło – oczywiście będąc na usługach zbrodniczego reżimu – bywa krecha w życiorysie, tym bardziej jeśli taki spełniony osobnik (Grotowski – Pass.) został uznany światową wielkością.

Grotowski jakby był winien, że się wtedy zrealizował, i to nie jako zaangażowany bojownik opozycji. Na szczęście są także miłosierni, którzy mu wybaczają, że był członkiem partii. Pozostaje fakt: w PRL-u, kraju realnego socjalizmu i ograniczonej suwerenności, powstała wielka kultura o światowym rezonansie. W poezji – Różewicz, Herbert, Szymborska, nie licząc pięknego rozwoju starych, jak Przyboś, Iwaszkiewicz, Jastrun. W kinie: Wajda, Munk, Kawalerowicz, Has, Kieślowski. W teatrze: Kantor, Swinarski, Jarocki, no i Grotowski. Józef Szajna, cała plejada scenografów. W muzyce też.

Oczywiście nie byłoby to możliwe w tyranii totalnej, stalinowskiej. Ale u nas po roku 1956 despotyzm był dziurawy, chory, wstydził się sam siebie. (…)

Szary, dramatyzm bezwyjściowości, który osobliwie sprzyjał twórczym napięciom, stymulował. Trzeba działać tu i teraz. Bo co będzie jutro? (…)

Dodam tu coś, co może zabrzmieć niewłaściwie, po heretycku: krajowi takiemu jak Polska, cierpiącemu na prowincjonalizm, wejście w system komunistyczny, wewnętrzny opór przeciw niemu, gra z nim, w końcu walka z nim – dawały optykę światową. To było wyjście z zaścianka, z parafiańszczyzny. (…)

Obawiam się, że PRL staje się coraz bardziej niezrozumiały, oczywiście, staje się także przedmiotem giełdy politycznej. Trwa licytacja kto był świnią, a kto bohaterem, przy czym liczba bohaterów rośnie. Z tęgą przyprawą tego, co Nietsche nazywał moraliną – forsowanie biało-czarnych stereotypów. Nie jest to przyprawa sprzyjająca rozwojowi kultury.

Nie umie się czytać gestów, znaków, zachowań, symboli, psychiki ludzi tamtej, szczęśliwie minionej epoki. A w młodym pokoleniu stało się trudno zrozumiałe, że Jerzy Grotowski, twórca epokowego przedstawienia „Księcia Niezłomnego” – wizerunek Ryszarda Cieślaka w tej roli stał się emblematem całej epoki światowego teatru – był członkiem PZPR. I sam Cieślak, Książę Niezłomny, również. Czy przez to nie był Księciem Niezłomnym? A znakomity aktor Gustaw Holoubek, który został legendarnym Konradem z „Dziadów”, był posłem na Sejm PRL. Ja przez cztery lata byłem kandydatem, legitymacji ostatecznie nie przyjąłem. (…)

Tak, bawiliśmy się. Dansingi, łażenia po lokalach i kawiarniach, prywatki, domowe potańcówy przy Radiu Luxemburg, popijawy w Cricocie, u Kantora, wieczór w wieczór. Pod peerelowym uciskiem bawiły się nie tylko elity, ale i lud. (…)

Może dlatego było osobliwie wesoło, że życie w kraju zdawało się czymś niezbyt serio? To było jakby życie na niby, by użyć formuły profesora Kazimierza Wyki. W roku 1954-55 pisałem o poczuciu nierzeczywistości w PRL. Wiązało się to z beznadzieja, z nudą, tym naszym powszednim chlebem. Byliśmy przeświadczeni, że ten reżim nie upadnie za naszego życia, że może to być rodzaj wieczności, jak ze sztuki Sartre’a „Przy drzwiach zamkniętych”. Trzeba było w tym znaleźć jakieś modus vivendi, dając upust wolności…

PRL był laboratorium zniewolenia i wolności. Istotne, co człowiek robi ze swojego zniewolenia i ze swojej wolności. Ta perspektywa kusiła – znaleźć możność w niemożności. Dziś widać, że umiarkowane zniewolenie może być płodne, a wolność bywa jałowa w sztuce. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie ogarnęła mnie nostalgia za PRL, chcę zrozumieć, co się nam przydarzyło. Z perspektywy, niejako na odchodnym”.

Tak było, a przynajmniej ja tak pamiętam tamte czasy. Były różne, od stalinizmu do Solidarności i stanu wojennego – w sumie jednak były takie, jak opowiada Flaszen.

***