Galopem przez Polskę

2009/11/20, piątek

Od czasu do czasu czytam na blogu pretensje, że nie zajmuję się tym, co ważne, tylko piszę na tematy błahe, poboczne. Uprzejmie wyjaśniam, że piszę tylko o tym, co mnie interesuje, a nie o tym, co dla iksa lub ygreka jest najważniejsze (np. Żydzi).

Nie mam aspiracji, żeby zostać kronikarzem najważniejszych wydarzeń, czy też wyplenić rozmaite fobie. Od tych i innych zadań jest PAP, rozmaite media realne i wirtualne. Ponadto, zależy mi na tym, żeby ten blog był miejscem kulturalnej dyskusji, a nie wyzwisk i epitetów, pragnę rozmowy w gronie doborowym, niekoniecznie najliczniejszym. Nie przeszkadza mi, że ten czy ów wpis jest wykluczony, jeżeli jest niestosowny. Zarzut cenzurowania mnie nie paraliżuje. Jest tyle miejsc, gdzie można innych ludzi obrażać i upokarzać, że niekoniecznie trzeba to robić na blogu en passant.

Dzisiejszy wpis adresuję przede wszystkim do tych, którzy oczekują reakcji na każde „ważne” (?) wydarzenie. Oto kilka z nich.

EXPRESS HAZARDOWY. Hazard w Polsce jest zjawiskiem trzeciorzędnym, awansowanym do rangi priorytetu przez polityków, a przede wszystkim przez dwie osoby – Mariusza Kamińskiego i Donalda Tuska. Ten pierwszy rozgrywa sprytną partię („ta partia PiS się nazywa…”), ten drugi jest w defensywie i kontratakuje. Ustawa hazardowa jest częścią tego kontrataku. A to, czy teraz będą uprzywilejowane kasyna, czy też nie, jest dla mnie mało istotne, więc się nie wypowiadam. Ustawa pokazuje, że Platforma jak chce, to potrafi.

KRZYŻE. Wyrok Trybunału Praw Człowieka mi odpowiada, ale nie do tego stopnia, żebym się rzucił do zdejmowania krzyży w instytucjach państwowych. Obecność krzyży w Sejmie oraz w licznych miejscach państwowych, np. w szkołach i w szpitalach, mnie razi, ale nie do tego stopnia, żebym wszczynał z tego powodu wojnę. Bardziej przeszkadza mi religia w szkołach publicznych, i to na koszt Państwa, kpiny z nauczania etyki, pazerność Kościoła na dobra materialne (vide Komisja Majątkowa), wszelkiego rodzaju szantaż, np. oskarżenia o „dyktaturę relatywizmu”, czy „wypieranie chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej, udział dostojników Kościoła w uroczystościach państwowych. Jestem zwolennikiem świeckiego państwa, ale nie ateistą. Dla mnie krzyż jest przede wszystkim (ale nie wyłącznie!!!) symbolem religijnym, który kojarzy się raz dobrze (opór wobec zaborców i barbarzyńskiego stosunku komuny do wiary, zwłaszcza w ZSRR), innym razem źle (kolonizacja Ameryki Łacińskiej, popieranie Pinocheta i jemu podobnych). W sumie jednak ta problematyka mnie nie pasjonuje, dlatego mało niej piszę.

‘WYBORY’ W UNII EUROPEJSKIEJ nie były żadnymi wyborami. Herman von Rompuy (przewodniczący Rady) i Catherine Ashton (szefowa dyplomacji UE) zostali wyłonieni w drodze zakulisowych ustaleń, a nie demokratycznych wyborów, których – jak sądzę – nie byliby w stanie wygrać. Może powinni być wybrani przez Parlament Europejski? Ale Unia znajduje się w tym stadium integracji, że inaczej być nie mogło. Polska propozycja, aby kandydaci kandydowali oficjalnie i przedstawiali swoje propozycje, zmierza w dobrym kierunku. Natomiast nie podobał mi się chłodny, mało dyplomatyczny komentarz premiera Tuska, który trochę dezawuował tryb i wynik ustaleń. Szkoda, że tym razem nie skorzystał z okazji, żeby milczeć, albo zachować się elegancko. W interesie Polski leży przychylność najwyższych urzędników Unii, a nie dorabianie im gęby.

RZECZNIK PRAW OBYWATELSKICH rozważa wystąpienie przeciwko przywilejom emerytalnym mundurowych. Gorąco popieram! I byłbym mile zaskoczony, gdyby dr Kochanowski wystąpił z taką inicjatywą.

SĄD KONSTYTUCYJNY w Rosji podtrzymał moratorium w sprawie kary śmierci, które trwa już 10 lat. To dobra wiadomość, krok naprzód w stronę cywilizacji, a przeciw żądnej krwi większości społeczeństwa. Oby w tym kierunku ruszyły Chiny, a Stany Zjednoczone poszły dalej niż w pół drogi. Gdyby się ktoś pytał, to jestem zdecydowanym przeciwnikiem „KS”.

RYWINOWIE NA WOLNOŚCI. Nareszcie. Na moje wyczucie, w sprawie tzw. „afery Rywina”, Lew Rywin nie miał rzetelnego procesu, sprawa była upolityczniona do maksimum (jak dziś afera hazardowa), był więźniem przynajmniej częściowo politycznym. Co do drugiej sprawy (świadectwa lekarskie) zaczekajmy na wyrok, ale trzymanie ojca i syna pół roku z powodu śledztwa w takiej sprawie nie mieści mi się w głowie. Przecież tu nie chodzi o morderstwo ani o napad z bronią w ręku. Wyrok wykonywano przed jego wydaniem, dlatego przyłączyłem się w felietonie na łamach „Polityki” do apelu o zwolnienie z aresztu.

FRANCJA W FINALE mistrzostw świata w piłce nożnej, dokąd awansowała w wyniku gigantycznego oszustwa. Francuski piłkarz popełnił faul z premedytacją, sędzia nie zauważył, ale cały świat widział, Francuzi powinni zachować się z honorem, np. prosić o powtórzenie meczu z Irlandią, nie mówiąc już o FIFA, która powinna wykazać inicjatywę, a nie tylko pilnować biznesu. W dziedzinie wychowawczej wyczynowa piłka przynosi ogromne szkody, większe niż hazard. Ciekawe, czy piłkarz – amator, który stoi na czele naszego rządu, otworzy w tej sprawie usta. A może złożył gratulacje Sarkozy’emu?

Nie wylewać Tuska z kąpielą

2009/11/18, środa

Nie wylewałbym Tuska z kąpielą. To, co dla jednej osoby jest wadą, dla drugiej jest zaletą.

Mam na myśli wypowiedź prof. Jadwigi Staniszkis, że Tusk jest człowiekiem bez kantów, podobnie jak Kwaśniewski. W opinii pani profesor to jest wada, w mojej – zaleta. Na tle kanciastego Wałęsy, okrągławy, i może nawet nieco obły Kwaśniewski, był rozsądny, obliczalny, budził spokój i zaufanie, które naruszył dopiero własnymi wpadkami.

Podobnie z Tuskiem. Na tle Jarosława Kaczyńskiego, który składa się wyłącznie z kantów, stale kogoś trącał i dawał upust swoim fobiom, kompleksom (wobec układu, mediów etc.) i wyimaginowanym zagrożeniom ze strony innych państw, służb czy postkomunistów, Donald Tusk jawi się jako siła spokoju, polityk rozsądny, umiarkowany, elastyczny aż do przesady, ale po Kaczyńskim takiego premiera Polacy potrzebowali i potrzebują. Nie jest nam potrzebny premier, który Polskę znów podzieli. Potrzebny nam jest spokój i zaufanie, że ktoś pilnuje naszych interesów.

Z okazji drugiej rocznicy powołania rządu (który ogólnie oceniam na 3+, 4-), padło wiele ocen krytycznych pod adresem premiera. Część z nich słusznych. Na pewno nie jest to typ przywódcy, który porywa za sobą masy. Na pewno jest politykiem wyrachowanym, dla którego cel („dobre rządzenie”) uświęca środki (pozbywanie się współpracowników i przyjaciół politycznych.). Razi mnie także zwalanie na innych, np. gdy w wywiadzie dla „Polityki” Tusk mówi o porażce w sprawie emerytur mundurowych: „Zabrakło determinacji ministrowi Klichowi oraz wicepremierowi Schetynie”. Jak tak można zwalać na swoich najbliższych współpracowników i podwładnych, którzy nawet nie mogą się odszczeknąć, żeby nie popaść w niełaskę?! Podobnie postąpił Tusk w sprawie OFE/ZUS, kiedy dopuścił do głosu na konferencji prasowej (!) min. min. Fedak i Rostowskiego, żeby potem – gdy rozległy się protesty – zdystansować się od ich propozycji. To mi się nie podoba.

Słusznie ktoś zauważył, że gdy chodzi o pochwały – Tusk się nie chowa, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za porażki czy niedoróbki własnego gabinetu – nie występuje przed szereg. Nie podoba mi się, jak traktował min. Grada, kiedy ten był w opałach. Premier często używa zwrotu „mój rząd”, ale nie wtedy, gdy „mój rząd” się potyka. Widzę w tym, oraz w drastycznych, pośpiesznych decyzjach personalnych (usunięcie ministra Ćwiąkalskiego), pewien deficyt lojalności i brak sentymentów. Niektóre posunięcia Tuska (jak demonstracyjny pośpiech z ustawą „hazardową”) są ewidentnie obliczone na efekt, żeby uchodzić za pogromcę hazardu, podobnie jak był już Tusk pogromcą pedofilów. Wizerunek pogromcy do niego nie pasuje. Nie angażuje się w obronę swoich przekonań, które starannie ukrywa.

Tusk jest politykiem ostrożnym, nie wdaje się w sprawę krzyży w miejscach publicznych, w spór o in vitro, powoli i ociężale angażuje się w IPN, szerokim łukiem omija lustrację, ale nie będzie też pouczał Niemców ani Rosjan, nie będzie - jak prezydent – walczył z Rosją „do ostatniego Gruzina”, nie będzie obrażał Trybunału Konstytucyjnego, sędziów, profesury, „pracowników mediów”. Polsce jest potrzebny premier obliczalny, choć lepiej by było, gdyby był również wizjonerem i przywódcą większego formatu. Ale wolę realistę bez wizji, niż wizjonera bez poczucia rzeczywistości. Takiego już mieliśmy. W niedzielę, w Śniadaniu w Radiu Zet, czołowi politycy PIS – Brudziński i Szczygło – zapytani przez Monikę Olejnik, nie potrafili wymienić ani jednego osiągnięcia rządu Tuska. To są dopiero wizjonerzy bez poczucia rzeczywistości. A przecież rząd ma na koncie wiele zaniechań i kilka ważnych osiągnięć, których nie będę wyliczał, gdyż od tej buchalterii media pękają.

Mimo wszystko zalety obecnego premiera większe są niż jego wady. Nie wylewałbym Tuska z kąpielą. Tusk bez kantów jest lepszy niż premier kanciasty, który co chwilę angażuje się w kłótnie i awantury. Na pewno są w Polsce politycy o wysokich kwalifikacjach, jak choćby „trzej panowie B” - Balcerowicz, Belka, Bielecki. Ale żaden z nich nie potrafił być przywódcą dużej partii zarówno w opozycji, jak i u władzy. Dlatego byłbym skłonny przedłużyć Tuskowi kredyt zaufania. Ma z kogo wybierać swojego następcę. Ale używanego samochodu bym od niego nie kupił.

Wirus Kochanowskiego

2009/11/16, poniedziałek

Pierwsze symptomy wirusa Kochanowskiego to podwyższona temperatura, nadaktywność, wybujałe ambicje, złośliwość, urojenia, szybsze mówienie niż myślenie, utrata poczucia rzeczywistości. Szczególnie dotkliwe są uporczywe zaburzenia równowagi pomiędzy opozycją a rządem, która powinna cechować rzecznika praw obywatelskich.

W ciągu ostatnich tygodni RPO obraził feministki (które następnie przeprosił), dziennikarza TVN 24, Piotra Marciniaka, który go przesłuchiwał w sposób dość bezceremonialny (co Kochanowski porównał do przesłuchań przez UB i też się z tego wycofał), a przede wszystkim zaatakował minister zdrowia, dr Ewę Kopacz za to, że nie zakupując szczepionki przeciw grypie A/H1N1 nie dopełnia obowiązku i być może sprowadza zagrożenie epidemiologiczne.

W piątek, 13 bm., dr (praw) Kochanowski postawił min. Kopacz prawdziwe ultimatum. Albo do poniedziałku 16 bm. odpowie na jego zarzuty, albo on zawiadomi tego dnia prokuraturę. Gotowe do podpisu pismo, niczym naładowany i odbezpieczony pistolet, leży już na biurku rzecznika. Ofiarą, ma być – oczywiście – nie tylko Kopacz, ale i Tusk oraz Platforma przed wyborami. Tylko patrzeć, jak poważnie zaniepokojony prezydent wezwie Kopacz na dywanik.

Pierwsze, co mi przyszło na myśl, kiedy słuchałem rzecznika (który, jakże by inaczej, zwołał konferencję prasową) to działanie na szkodę strony polskiej. Kiedy wiadomo, że trwają niełatwe negocjacje strony polskiej z koncernami farmaceutycznymi, Janusz Kochanowski działa, jak gdyby był „rzecznikiem interesu koncernów”, a nie rzecznikiem praw obywatelskich, gdyż przystawia stronie polskiej pistolet do skroni, osłabia jej pozycję i daje argument producentom szczepionki, żeby nie ustępowali, bo Polska ma nóż na gardle.

Co więcej, rzecznik poniża minister Kopacz, mówiąc, że jej nie wierzy, ani w tej, ani w innych sprawach, że nie wierzy rządowi, nie wierzy, iż producent szczepionek chce je sprzedawać bez gwarancji, że nie chce wziąć odpowiedzialności za ewentualne skutki uboczne. To wszystko „nie trzyma się kupy” – mówi Kochanowski. A czego trzyma się rzecznik? Celnie odpowiedział mu wiceminister zdrowia, Jakub Szulc, mówiąc, ze minister zdrowia podlegałaby odpowiedzialności karnej, gdyby zakupiła szczepionki bez sprawdzenia jakości, skuteczności, bezpieczeństwa i ewentualnych konsekwencji prawnych. Także pogróżki, do jakich ucieka się rzecznik, uwłaczające czci osoby zagrożonej, lub groźba spowodowania postępowania karnego, podpadają pod kodeks karny.

Nie po raz pierwszy dr Janusz Kochanowski pokazuje, że nie dorósł do swojego stanowiska, w niektórych swoich wypowiedziach zachowuje się jak polityk opozycji, ochoczo przyłącza się do oskarżeń, jakie opozycja wysuwa pod adresem rządu, do czego opozycja ma pełne prawo, aczkolwiek w przypadku epidemii lepiej byłoby zawiesić walkę polityczną i wszystko, co prowadzi do zwiększenia paniki. Rzecznik nie ma jednak zahamowań, zaciera rączki, straszy sprowadzeniem zagrożenia epidemiologicznego, wymachuje pismem do prokuratury, wywija pistoletem, jak szeryf na Dzikim Zachodzie.

Poseł Wikiński z SLD doradza rzecznikowi wizytę u psychiatry. Ja bym się tak daleko w argumentach ad personam nie posunął. Ale jakaś kuracja przeciwko wirusowi Kochanowskiego byłaby celowa. A może istnieje na to szczepionka? Jeśli tak, to kupić koniecznie!

Niebezpieczny listopad

2009/11/13, piątek

„Listopad – to dla Polski niebezpieczna pora” - pisał Wyspiański i miał rację. Tegoroczny listopad obfituje w wypowiedzi bez sensu.

Minister Sikorski, którego mam za człowieka rozsądnego, ale nieco infantylnego i skłonnego do efekciarstwa, powiedział, że Pałac Kultury należałoby zburzyć i na tym miejscu zasiać trawkę (chyba po to, żebyśmy mieli w stolicy Central Park). Dawno już nie słyszałem większego absurdu. Gdyby PKiN miał być zburzony jako symbol sowieckiej dominacji, to równie dobrze można by zburzyć Nowa Hutę, która pracowała na rudzie przywożonej ze „Związunia”, Stocznię Gdańską (imienia Lenina), która budowała statki na sowieckie zamówienia (do których Polska zresztą podobno dopłacała), jak i oddać Ziemie Zachodnie w zamian za Lwów - na czym byśmy ewidentnie stracili. Niestety, podobny pogląd na temat Pałacu wypowiedział kiedyś w wywiadzie minister Kultury (!) B. Zdrojewski, ale ten przynajmniej zaznaczył, że mówi to prywatnie.

Jest to pogląd tak niemądry, że nawet nie warto z nim polemizować. Szkoda tylko, że minister Sikorski od czasu do czasu palnie coś nieodpowiedzialnego, np. porówna gazociąg północny do paktu Ribbentrop – Mołotow, a teraz wychodzi na to, że Polska zamiast złorzeczyć powinna się do tego przedsięwzięcia przyłączyć, w myśl zasady „If you cannot beat them – join them”. Mówił o tym w arcymądrym wywiadzie dla „Rz.” Zbigniew Brzeziński 1 listopada, co świadczy, że w tym miesiącu nie wszystkim rozum odebrało. Na standardowe pytanie dziennikarza: „Czy po wybudowaniu gazociągu północnego Moskwa nie zechce wykorzystywać szantażu energetycznego o wiele częściej i w sposób o wiele groźniejszy niż dotąd?”, Brzeziński odpowiada: „Jest to b. prawdopodobne. Wiemy jednak o takim ryzyku od lat. Ale Polska znów ogranicza się do oczekiwania, że inni – m.in. te państwa, które widzą w projekcie gazociągu północnego bardzo konkretne dla siebie korzyści – będą dbać o polskie interesy. NIEMCY OD RAZU ZAPROPONOWALI PRZECIEŻ ODNOGĘ PROWADZĄCA DO POLSKI, ALE WŁADZE W WARSZAWIE ODMÓWIŁY”.
- Powinny były ją przyjąć?
- A dlaczego nie? (…) Obowiązkiem polskich władz jest podjęcie kroków zapobiegawczych. I to jak najwcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy ten rurociąg będzie już praktycznie gotowy. (…) I nie chodzi tu o stanowisko typu ‘to mi się nie podoba’, ‘my się tego boimy’, tylko konkretne działania (…)”. (Podkreślenie – Pass.)

Niestety, minister Sikorski nie jest chyba w stanie przezwyciężyć rozpowszechnionej u nas rusofobii, do której Rosja dostarczyła aż nadto powodów, ale to nie zwalnia polityków od tego, aby widzieć dalej. Niech weźmie przykład z rosyjskiego ministra SZ Ławrowa, który rozważnie nie chciał skomentować przekręconej przez media (Reuters!) wypowiedzi polskiego ministra Sikorskiego o rosyjskim zagrożeniu. Polscy politycy rządzący mogliby choć raz wesprzeć dobre, zdrowe tendencje w polityce rosyjskiej, jak np. wpis prezydenta Miedwiediewa na jego blogu o zbrodniach systemu sowieckiego, czy ten fragment jego przemówienia na uroczystościach w Berlinie, kiedy mówił o udziale Rosji Gorbaczowa (którego nb. nie wymienił) w zjednoczeniu Niemiec. Wtedy bardziej autentycznie brzmiałoby nasze oburzenie na pretensje rosyjskiego ambasadora w NATO (wyjątkowy bęcwał) zgorszonego tym, że Wałęsa dostał od organizatorów najwięcej czasu. Notabene przemówienie Miedwiediewa było dużo gorsze od przemówień innych przywódców, zwłaszcza Browna i Merkel, ale to inna sprawa, to kwestia kultury. Radosław Sikorski zajmuje zbyt poważne stanowisko, żeby bać się zarzutu, iż należy do „partii rosyjskiej”, którym to oskarżeniem szafuje Jarosław Kaczyński i szantażuje polskich polityków.

Czas wyzwolić się z kompleksów w polityce zagranicznej. Przykładem takiego kompleksu były także polskie relacje z obchodów rocznicy obalenia muru berlińskiego. Relacje te były skupione przede wszystkim na tym, jak bardzo podkreślano wkład Polski w obalenie muru i zjednoczenie Niemiec. Trzeba przyznać, że kanclerz Merkel i organizatorzy zachowali się z klasą, na każdym kroku podkreślając polskie zasługi i dając pierwszeństwo Lechowi Wałęsie (prezydent Kaczyński świętował wtedy ausgerechnet w Nowym Sączu…). Dobrze, że przynajmniej Niemcy zachowali się z klasą, a nowy minister SZ i wicekanclerz poskromił Erikę Steinbach. Co my, biedni, bez niej zrobimy? Kim będziemy straszyć, jeśli Berlin pozostanie przyjazny, a Moskwa, mówiąc o zbrodniach sowieckich, wyduka w końcu to, na co Polska czeka?

***

PS. Obsesja żydowska prześladuje niektórych blogowiczów, zwłaszcza jednego. Mój poprzedni wpis dotyczył Andrzeja Seweryna, który nie przyjął nagrody. Nie miało to nic wspólnego z Żydami, tymczasem ów obsesjonat zasypywał nas wpisami całkowicie nie na temat - o Żydach i Polakach. Czy innych tematów już nie ma? A może to winien listopad?

“Zemsta”

2009/11/10, wtorek

Jak poinformowała Wirtualna Polska, znany aktor, a także członek opozycji demokratycznej w Polsce, odmówił przyjęcia nagrody specjalnej im. Zbyszka Cybulskiego, przyznanej mu przez Fundację Kino. Jak wyjaśnił aktor w liście otwartym, nie mógłby przyjąć nagrody „za prześladowanie na polu artystycznym z powodów politycznych”. (Obok Seweryna nagrody specjalne otrzymali Joanna Szczepkowska i Bogusław Linda).

- Chcecie mnie nagrodzić nie za moją pracę, sztukę, rolę, ale za to, że wyraziłem kilkakrotnie publicznie mój negatywny stosunek do ówczesnego systemu politycznego – napisał Seweryn (cytuje za WP – Pass), który w 1968 roku spędził kilka miesięcy w więzieniu za protest przeciwko wkroczeniu wojsk bloku sowieckiego do Czechosłowacji, a od 1976 r. współpracował z KOR.

„Bywało, że w związku z aktywna działalnością antykomunistyczną aktorzy nie otrzymywali ról na miarę swojego talentu” – napisano w uzasadnieniu przyznania nagród specjalnych. Uzasadnienie to jest absurdalne, wynika zeń bowiem, że z powodu wszystkich moich skonfiskowanych przez cenzurę artykułów i felietonów, ja tez byłem represjonowany. Nic dziwnego, że Seweryn, który jest człowiekiem poważnym i wiele lat mieszkał oraz pracował we Francji, zaprzeczył takiemu uzasadnieniu. Przypomniał, że np. Halina Mikołajska (osoba niewątpliwie represjonowana) zagrała w filmie Zanussiego „Barwy ochronne”, a on sam zagrał w tym czasie m.in „Ziemi obiecanej”, „Albumie polskim”, „Nocach i dniach”, „Polskich drogach”, „Bez znieczulenia”, „Dyrygencie”, w sumie w 13-tu filmach, do 1979 r. zagrał w 50 teatrach TVP, pracując z wybitnymi reżyserami, m.in. Bardinim, Majewskim, Woszczerowiczem, Hubnerem, Świderskim, Korzeniowskim, Warmińskim i innymi, czyli samą elitą kultury polskiej.

„Jak mógłbym przyjąć nagrodę – pisze Seweryn – (…) skoro np. z paszportem służbowym PAGART-u odwiedziłem z teatrami lub ekipami filmowymi Francję, Włochy, Niemcy, Mongolię, ZSRR, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Czechosłowację, Norwegię i Szwecję”.

Prezes Fundacji Kino, przyznającej nagrodę, Jacek Cegiełka, odmówił komentarza.

Nie odmówili natomiast internauci. Oto pierwszych kilkanaście wpisów pod tą wiadomością na WP: „Jestem nie tylko pełen uznania dla Pana Andrzeja, co również dla komentarzy pod…”; „w tym świecie bez ideałów to jest wspaniały czyn”, „to postawa godna człowieka honoru i aktora”; „Chyba jedyny porządny człowiek z kręgu artystów”; „Mało mamy ludzi honoru. Dziękuję za taki wspaniały przykład”; „Trzeba przyznać ma klasę, czego nie można powiedzieć o innych”; „Nareszcie ktoś miał odwagę powiedzieć prawdę”: „och, żeby każdy z ludzi publicznych miał taką klasę”; „Kłaniam się w pas”; „Chylę czoła. Pan jest wielki!”

I ja dołączam się do tej owacji na stojąco! Ciekaw jestem komentarzy na naszym blogu. Brawo Andrzej Seweryn!

Na ławie oskarżonych

2009/11/7, sobota

Jak zapewne wiele osób wie, pan Jan Kobylański – baron polonijny z Ameryki Łacińskiej, twórca fasadowej organizacji polonijnej USOPAŁ (Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej), znany ze swoich antysemickich poglądów i działalności na szkodę państwa polskiego – wniósł przed sądem w Warszawie sprawę karną z powództwa cywilnego przeciwko 19 dziennikarzom i dyplomatom polskim, którzy o nim pisali krytycznie. „Poszkodowany” zarzuca oskarżonym przede wszystkim zniesławienie, naruszenie dóbr osobistych, czyny z art.212 par. 2 Kodeksu Karnego i inne zbrodnie. Na ławie oskarżonych zasiedli publicyści, jak Mikołaj Lizut, redaktorzy naczelni, m.in. Adam Michnik, Jerzy Baczyński, Grzegorz Gauden, byli ambasadorowie – Jarosław Gugała, Ryszard Schnepf i niżej podpisany. Dla mnie ten proces to pierwsze tego typu doświadczenie – nigdy przedtem nie zasiadałem na ławie oskarżonych, i od razu znalazłem się w takim doborowym towarzystwie. Jestem dumny, że znalazłem się na ławie oskarżonych obok Adami Michnika, aczkolwiek o kilkadziesiąt lat za późno. Trzeba było siedzieć wówczas!

Proces odbywa się przy drzwiach otwartych. Wśród publiczności przeważają sympatycy Radia Maryja i “Naszego Dziennika”. Na ogół ludzie starsi, którzy mają czas na chodzenie po sądach, posiadają biało-czerwone szturmówki i transparenty, niektórzy w mundurach paramilitarnych, gromadzą się przed budynkiem sądu, gdzie głoszą swoje superpatriotyczne hasła i walczą ze łże-elitą, wyzywając oskarżonych od bydlaków i najgorszych. Wyzywają się głównie w korytarzu i przy szatni, gdyż na poprzedniej rozprawie sąd usunął ich z sali rozpraw. Wśród publiczności są też obserwatorzy z organizacji zajmujących się monitorowaniem praw człowieka.

Dobiega końca pierwsza faza procesu, w której oskarżeni wygłaszają swoje oświadczenia. Żaden nie przyznał się do winy. 5. listopada zeznawał m.in. Mikołaj Lizut, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, który kilka lat temu wsławił się demaskatorskim reportażem – wywiadem z Janem Kobylańskim, nagrywając jego żałosne wypowiedzi. Lizut powiedział, że napisał o Kobylańskim, ponieważ opinii publicznej należy się wiedza, kim jest ten „hojny filantrop, sponsor Radia Maryja, prawdziwy patriota”, który próbuje wpływać na polską scenę polityczną. Kobylański, bogacz z Urugwaju, to „samozwańczy lider Polonii w AŁ, człowiek o niejasnej przeszłości i antysemickich poglądach”. IPN na początku 2007 r. umorzył śledztwo w sprawie domniemanego szmalcownictwa, którego J.K. miał się dopuścić ze swoim ojcem, Stanisławem, w 1943 roku. Choć zbrodnie ludobójstwa nie ulegają przedawnieniu, IPN śledztwo umorzył, ponieważ nie ma dowodów, że rzekomo zadencjunowana rodzina nie żyje. „Brak informacji o śmierci Rodziny Szenkerów jest słabym dowodem na to, że przeżyli”.

Kobylańskiego za szmalcownictwo nikt już nie skaże. Ale to nie ze względu na przeszłość minister Radosław Sikorskich zabronił dyplomatom polskim kontaktów z tym człowiekiem. Oto próbka jego poglądów: „Od stuleci największymi wrogami Polaków byli i są Żydzi. Wszędzie wleźli. Do rządu, do Sejmu, do biznesu, a nawet do Episkopatu. Jedna trzecia polskich biskupów to Żydzi. Żyd zawsze będzie nienawidził Polaków i innych narodów. Ma to wpisane w swoja religię i parszywe geny.” Na marginesie lustracji abpa Wielgusa, Kobylański twierdził, że „abp Życiński, Gocłowski, Pieronek i wielu innych hierarchów Kościoła w Polsce, swoim działaniem wspierają żydokomunistyczną i liberalną mafię polityczna w naszym Kraju”.

„Wiadomości” pokazały wczoraj – mówił dalej oskarżony Lizut - fragment niepublikowanego wywiadu Telewizji Polonia z Janem Kobylańskim, w 2005 roku. „To tragedia – mówił J.K. – że w polskim MSZ 85 proc. funkcji mają Żydzi. Czy to żydowski czy polski MSZ? Minister spraw zagranicznych – Żyd Bartoszewski. Niech on będzie ministrem w Izraelu! Dlaczego w Polsce? Nienawiść Żydów do Polaków jest nieprawdopodobna”. (Władysław Bartoszewski pozbawił Kobylańskiego godności konsula honorowego w Punta del Este).

Oświadczenie przed Sądem wygłosił wczoraj także Jarosław Gugała, b. ambasador w Urugwaju, znany publicysta i dziennikarz telewizyjny. Po zakończeniu swojej misji w Montevideo, J.G. napisał głośny artykuł „Sami utuczyliśmy te bestię” („GW”), w którym pokazał jak polski establishment, głównie niektórzy członkowie Senatu (któremu podlegają stosunki z Polonią) oraz ze Wspólnoty Polskiej, dali się korumpować, woleli się moczyć w basenie Kobylańskiego w jego Rancho Don Juan i przymykać oczy na poglądy gospodarza. Gugała mówił, że USOPAŁ jest organizacją fasadową, która budzi b. małe zainteresowanie, natomiast antagonizuje wielotysięczną rzeszę emigrantów z Polski pochodzenia żydowskiego, którzy pielęgnują język i więzy z Polską, ale USOPAŁ omijają szerokim łukiem. Zdaniem Gugały, zanim nie doszło do zmiany podejścia władz polskich do USOPAŁU i jego sponsora, ten został „rozbestwiony” i uważał się za jedyne prawdziwego przedstawiciela i obrońcę interesów Polski na terenie Ameryki Łacińskiej.

Wszyscy oskarżeni podtrzymali swoje poglądy na temat Jana Kobylańskiego i nie przyznali się do winy. Na kolejnej rozprawie głos ma zabrać oskarżony Adam Michnik. Rozprawa ma odbyć się 8 grudnia o godz. 9.30, w Sądzie Okręgowym w Warszawie, ul. Sala 238. Być może proces zainteresuje nie tylko sympatyków „pokrzywdzonego” i Radia Maryja.

Zwierzo-człeko-kibole

2009/11/4, środa

Premier Tusk, zapalony piłkarz, powinien zaangażować się w zwalczanie bandytyzmu na stadionach piłkarskich. To samo powinni zrobić jego wpływowi koledzy z boiska – ministrowie, prezesi banków, ludzie o dużych możliwościach.

Choć od soboty minęło już kilka dni, nie mogę ochłonąć z wrażenia, jakie wywarło na mnie zachowanie zwierzo - człeko - kiboli Legii w Warszawie. Po informacji o śmierci współwłaściciela klubu, 59-letniego Jana Wejcherta, część kibiców skandowała „Jeszcze jeden!”, co dotyczyło drugiego współwłaściciela Klubu, Mariusza Waltera – człowieka o wielkich zasługach dla polskiej kultury, piłki i mediów, pogrążonego w żałobie po śmierci jednego z najbliższych swoich współpracowników. „To skandal nie do opisania i oznaka zezwierzęcenia. Jak można nie uszanować pamięci zmarłej osoby?” – oświadczył przedstawiciel klubu i zapowiedział sankcje (zakaz wstępu na Legię) dla osób, które zostaną rozpoznane z nagrań video.

Nagranie oburzających i wstrząsających scen na Legii pokazał m.in. Tomasz Lis w swoim programie w TVP. Moim zdaniem, to nie byli kibice, ale po prostu faszyści. Na ich widok człowieka przechodzą aż ciarki. „Gazeta Wyborcza” informuje, że do gorszących zajść zaszło także na stadionach w innych miastach, m.in. kibice Wisły Kraków (miasto inteligencji i duchowieństwa, duchowa stolica Polski), skandowali „Rachu ciachu, Małpa w piachu”, co było aluzją do śmierci w wyniku napaści przez bandytów z Krakowa. Jest to już w Polsce zjawisko częste.

W takiej chwili, kiedy bandyci ze stadionu Legii skandują „Jeszcze jeden!”, ogarnia człowieka wstyd i poczucie bezsilności. Przecież stadion na Łazienkowskiej znajduje się zaledwie kilkaset metrów od polskiego parlamentu i siedziby rządu. To nie jest żadna wiocha, to centrum stolicy kraju, który ma o sobie wysokie mniemanie i chętnie poucza innych, dał światu laureatów Nobla, papieża i Wałęsę. O rzut kamieniem od ambasad Francji, Niemiec, USA. Wstyd, wielki wstyd i smutek, że takie potwory żyją wśród nas.

Te potwory hodowane są m. in. przez PZPN, przez światek piłkarski, a przede wszystkim przez kluby, które kokietują kibiców, pobłażają im, bo się ich boją, bez nich nie mogą żyć, a także przez media i wszystkich, którzy przyczyniają się do chamstwa oraz szowinizmu. Problem zdziczenia kibiców piłkarskich nie narodził się w Polsce, istnieje na ten temat obfita literatura i doświadczenie innych państw (o ile wiem, w W. Brytanii udało się to zjawisko opanować, natomiast w Chile oglądałem sceny podobne jak u nas, a nawet gorsze).

Przychodzi mi na myśl, że na czele rządu stoi dziś zapalony miłośnik piłkarstwa. To dobra chwila, żeby premier zaangażował swój autorytet, przeprosił za nie swoje grzechy, ale w imieniu nas – oburzonych i zawstydzonych, wszystkich, którzy poczuli się obrażeni przez bandytów ze stadionu Legii. Przecież to są nasi rodacy, współobywatele RP. Byłoby ładnie, a może i skutecznie, gdyby wpływowi koledzy Donalda Tuska z boiska wystąpili z jakąś inicjatywą na rzecz zwalczania bandytyzmu i zezwierzęcenia, które towarzyszy polskiej piłce nożnej. Nie można się ograniczać do budowy „Orlików”. Sądzę, że inicjatywa premiera Tuska (choćby jego głos w tej sprawie) byłaby celowa i pożyteczna także z punktu widzenia jego PR (pi-ar). Również Kościół mógłby otworzyć usta w tej sprawie. Może znajdzie się odważny polityk albo duchowny, który zejdzie z ambony, albo wyjdzie ze studia TV i usiądzie podczas meczu na „żylecie”. Skoro kontaktu z tłumem nie boi się Owsiak, to może znajdą się inni odważni.

Wywiad obcy, ale dobry

2009/11/2, poniedziałek

„Są tacy, którzy kupują ‘Rzeczpospolitą’, tacy, którzy kupują ‘Wyborczą’, są wreszcie i tacy, którzy słuchają TOK FM…” – mówi Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM. Jeśli chodzi o mnie, to należę do wszystkich trzech kategorii – śledzę wszystkie te media.

W miniony weekend największą satysfakcję sprawiły mi dwa wywiady w „Rz”: z Ewą Wanat i ze Zbigniewem Brzezińskim. Wanat mówi, że robi radio liberalne, otwarte, najbliżej jej do niemieckich Wolnych Demokratów (FDP), w Polsce nie ma ‘swojej’ partii, ale poglądy ma. Wie, w jakim kraju chciałaby żyć. „Chciałabym, by wszelkie mniejszości czuły się równie dobrze jak większość i by współistniały różne światopoglądy, a nie tylko katolicki, i to w specyficznym, narodowokatolickim wydaniu, jak teraz (…). W sprawie wychowania seksualnego w szkołach wszystkie kolejne rządy ulegają dyktatowi Kościoła. (…) Jeśli homoseksualiści nie mogą się afiszować, to heteroseksualiści również, bo inaczej byłaby to dyskryminacja. Jeśli heteroseksualiści mogą chodzić za rękę, opowiadać publicznie o wakacjach z żoną, to homoseksualiści powinni mieć podobne prawa.”

Pani Ewa nie traci nadziei, że w Polsce zajdą podobne zmiany, co w Hiszpanii i we Włoszech. Ja też mam taką nadzieję, a Pani Ewie gratuluję, że poradziła sobie z „obcym wywiadem”.

Druga rozmowa także pochodzi z „Rz.”. To wywiad z prof. Zbigniewem Brzezińskim, pod wymownym tytułem „Polska musi wreszcie dorosnąć”. Brzeziński wytyka nam wady, które dobrze znamy – megalomanię, egocentryzm, roszczeniowy stosunek do świata, skłonność do myślenia w kategoriach czarno - białych, ale rzadko ktoś mówi o tym tak wprost, i ten „ktoś” to nie jest byle kto, nie sposób oskarżyć go o brak sympatii dla Polski.

Nawiązując do komplementów, jakie wiceprezydent Biden prawił Polsce podczas niedawnej wizyty, Z.B. mówi: „Ponieważ mocno widać, jak strasznie stronie polskiej zależy na różnych komplementach, to Amerykanie – nie ponosząc z tego tytułu specjalnych kosztów – zdecydowali się na takie formy wypowiedzi. (…) Strona amerykańska nie czuje się jednak zobowiązana do specjalnych świadczeń wobec Polski (…) Amerykanie podchodzą jednak racjonalnie do istotnych dysproporcji w potencjale Polski i USA. Jeżeli polskiemu rządowi łatwiej jest ten fakt przełknąć pod przykrywką daleko idących komplementów, to proszę bardzo.”

W polskim nastawieniu – mówi dalej Brzeziński – typowe jest ciągle łaszenie się o słowa uznania. „Najwyższy czas, by Polska stała się państwem poważnym, a nie żyła ciągle w zawieszeniu między niebem a piekłem. Niebo jest wówczas, gdy Ameryka nas kocha (…), a piekło, kiedy można zakrzyknąć: znowu nas zdradziliście…” (Do tej manichejskiej wizji zaliczyłbym także utożsamianie Rosji z piekłem. Najnowsze wydarzenia – protest grupy rosyjskich uczonych przeciwko praktykom władz, a także przypomnienie przez prezydenta Miedwiediewa o nie mających usprawiedliwienia zbrodniach stalinizmu wskazują, że i tam nie wszystko jest czarne jak noc – Pass.)

Zamiast dbać o swoje interesy – mówi dalej Z.B. - Polska boczy się na rurociąg północny i „ogranicza się do oczekiwania, że inni – m.in. te państwa, które widzą w projekcie gazociągu północnego bardzo konkretne dla siebie korzyści – będą dbać o polskie interesy. Niemcy od razu zaproponowali przecież odnogę do Polski, ale władze w Warszawie tę propozycję odrzuciły. (…) Jeżeli przez tak wiele lat nie podejmowało się konkretnych kroków zapobiegawczych, to jak można domagać się zapewnień, że w razie czego potężni przyjaciele przyjdą z pomocą?” Bardzo mało słychać o tym, co Polska konkretnie robi, żeby zadbać o swoje interesy, „za to bardzo dużo się mówi o tym, co inni powinni dla Polski zrobić.”

Święte słowa! Także w innych fragmentach rozmowy Brzeziński ściąga dziennikarza na ziemię. Gorąco polecam lekturę obu rozmów. Nareszcie ktoś mówi to, co inni myślą lub czują, ale nie mają odwagi powiedzieć. (Minister Sikorski, który porównał rurociąg północny do paktu Ribbentrop – Mołotow, powinien przeczytać obowiązkowo). Przy okazji tej lektury zauważam, że z biegiem lat moje skłonności (temperament?) publicystyczne ulegają zmianie. Kiedy byłem młody – sięgałem po pióro przede wszystkim, żeby polemizować, pojedynkować się, adwersarza rozgromić, a samemu - wygrać. Z biegiem lat coraz częściej siadam do komputera, żeby poprzeć innych, tych, z którymi się zgadzam.

Być może dzisiaj szczególnie. Byłem na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach, jechałem na rowerze przez opustoszałem miasto, za to na cmentarzu zobaczyłem tysiące ludzi, położyłem kwiaty na grobie rodziny, a niedaleko widziałem łunę światła od setek zniczy przed trzema sąsiadującymi grobami: Jacka Kuronia, Bronisława Geremka i Leszka Kołakowskiego. W taki dzień nie sposób się kłócić.

Gorzka satysfakcja

2009/10/30, piątek

Minister Sikorski skarży się, że brakuje kandydatów na ambasadorów. Nic dziwnego – sprostać wymaganiom na ambasadora nie jest łatwo, świat można zwiedzać na własny koszt, pieniądze – acz całkiem już przyzwoite – można zarobić inaczej, a co najważniejsze: Kto rozsądny będzie aspirował do kariery MSZ, jeśli pewnego dnia kolejna partia władzy zrobi skok na MSZ? Dziś już się nie pamięta, że w latach 2005-2007 PiS urządził czystkę polityczną, a jej ofiary… odnoszą dziś sukcesy na najtrudniejszej arenie dyplomatycznej – w dyplomacji unijnej.

W tych dniach pierwszy Polak, dr Jan Truszczyński, został dyrektorem generalnym w Unii Europejskiej. O tym niewątpliwym sukcesie Polski i samego Truszczyńskiego „Gazeta Wyborcza” doniosła na dwunastej (!) stronie, w kilkuzdaniowej notatce w rubryce „Świat w skrócie”. Tymczasem awans Truszczyńskiego w Brukseli pokazuje, jak Polska potrafi być niewdzięczna, a zagranica potrafi Polaka docenić. Truszczyński (59 l.) ma życiorys zapisany częściowo w PRL: Ukończył SGPiS, jest zawodowym dyplomatą z ogromnym doświadczeniem, zwłaszcza w Brukseli, gdzie spędził wiele lat, negocjował warunki wstąpienia Polski do Unii, był naszym ambasadorem przy Unii (1996-2001), potem, do roku 2005 podsekretarzem i sekretarzem stanu w MSZ, aż nastały czasy pp. Fotygi i Kaczyńskiego, lustracji i dekomunizacji. Truszczyński musiał odejść, znalazł się na bocznym torze, w Fundacji Współpracy Polsko – Niemieckiej, ale – już z „wolnej stopy” - wziął udział w konkursie na stanowisko dyrektorskie w Brukseli, w dyrekcji do spraw rozszerzenia Unii, i wygrał!

A teraz, czy to w drodze konkursu, czy awansu, jako pierwszy Polak został dyrektorem generalnym w dyrekcji do spraw edukacji i kultury, która liczy 600 (!) pracowników i dysponuje budżetem 1,4 mln euro. Poważny sukces Polski, gdyż dotychczas żadne z 37 stanowisk “dyr.gen.” nie przypadło nikomu z „nowych” państw Unii. Truszczyński, z którym rozmawiałem telefonicznie, jest bardzo skromny, mówi, że sukces zawdzięcza temu, że jest z Polski – kraju stosunkowo dużego, któremu się należało. „Gdyby Czechy albo Węgry były takie duże jak Polska, to stanowisko dostałby Czech albo Węgier” – mówi, ale to nie jest cała prawda. Dyplomatów i kandydatów w Brukseli jest pod dostatkiem, a skoro wyróżnienie spotkało Truszczyńskiego, to znaczy, że dyplomatyczna Europa poznała się na jego przymiotach. Szkoda jednak, że własna ojczyzna, wtedy pod rządami PiS and Co., wzgardziła jego talentami.

Gdybyż Truszczyński był jedyny! A dr Marek Grela, który ma życiorys bliźniaczo podobny? Rówieśnik Truszczyńskiego, też ekonomista, też SGPiS, i to z doktoratem z UW („mój” Wydział Nauk Ekonomicznych, brawo młodsi koledzy!), od 1972 roku w służbie zagranicznej, m.in. w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, później w Nowym Jorku, w latach 1998 – 2002 przedstawiciel Polski w FAO (Rzym), potem ambasador Polski przy Unii, uczestnik negocjacji o naszym do Unii wstąpieniu i stały przedstawiciel Polski w Unii, podobnie jak Truszczyński, za rządów PiS odszedł z polskiej dyplomacji i wygrał konkurs na stanowisko dyrektorskie w Sekretariacie Unii, gdzie podlegały mu – bagatela – stosunki z USA, z ONZ, prawa człowieka i walka z terroryzmem. Kolejny as, którego brakuje w polskiej talii.

Powie ktoś, że to dobrze, iż „nasi” obejmują coraz bardziej poważne stanowiska w Brukseli. Pewnie, że dobrze, ale za jaką cenę? Lepiej by było, gdyby te stanowiska obejmowali z polskiej poręki, z polską rekomendacją, z poparciem naszego MSZ. Tymczasem było wręcz odwrotnie.

A minister Jarosław Pietras (54 l.), to samo pokolenie, także doktor nauk ekonomicznych, wieloletni pracownik na stanowiskach kierowniczych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, później polski minister do spraw unijnych, także skończył na dyrektorskim stanowisku w Brukseli, gdyż w Polsce nie został doceniony. Klimat stworzony w MSZ za czasów PiS był dla niektórych spośród najlepszych nie do zniesienia, albo wręcz - zostali wyproszeni.

Autorzy tamtej czystki są dziś w opozycji, a ich ofiary mają satysfakcję. Szkoda, że gorzką.

Nie ma zgody, Panie Weiss!

2009/10/26, poniedziałek

Nigdy bym nie pomyślał, że Szewach Weiss – człowiek zasłużony dla pojednania polsko - niemiecko - izraelskiego – zaprotestuje przeciwko przyznaniu literackiej nagrody Nobla rumuńsko - niemieckiej pisarce Hercie Muller. Ze zdumieniem przeczytałem jego artykuł „Na straży pamięci historycznej” w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

Weiss zaczyna od pewnej insynuacji: „Nie chcę oskarżać nikogo o jakiekolwiek manipulacje. I nie chodzi o kolejkę państw, które na takiego Nobla liczą, a go nie dostają”, po czym wtrąca, że Izrael nie otrzymał żadnej takiej nagrody (za to w innych dziedzinach – liczne). Jeżeli Szewach Weiss nie chce nikogo oskarżać, to dlaczego jednak oskarża, a nawet sugeruje manipulacje na niekorzyść państwa żydowskiego? Czy Nobel jest nagrodą dla państwa, dla narodu czy dla twórcy? Bo jeśli jest nagrodą dla państwa, to być może wszystkie powinny przypaść jednemu państwu?

„W tym roku – czytamy dalej – literackiego Nobla dostała Herta Muller. Córka esesmana. Oczywiście, nie jest winna temu, że urodziła się w takiej rodzinie. Nie chcę przenosić osobistej odpowiedzialności z pokolenia na pokolenie. To nie byłoby sprawiedliwe.”

To nie byłoby sprawiedliwe, a jednak Weiss odpowiedzialność przenosi, ma coś Hercie Muller za złe, i w końcu wyjdzie szydło z worka. „Od narodu i jego historii uciec nie można – pisze. Przed historią narodu nie ma schronienia. Bo istnieje odpowiedzialność kolektywna, której efektem nie jest kara, ale poczucie historycznej winy. Jestem przeciwko cenzurze, ale nagradzanie takich osób jak pani Muller może prowadzić do złych konsekwencji w przyszłości. Kolejne pokolenia będą mogły myśleć: kiedyś była wojna, nie wiadomo dokładnie kto zaczął, były ofiary cierpienia po obu stronach… Kto wie, może jeszcze kiedyś ktoś oskarży Polskę, że zaczęła II wojnę światową? Taka tendencja mi się nie podoba” – pisze Weiss, bo można „odwrócić pamięć”, „manipulować nią”, „zepsuć kolejne pokolenia”.

Przecieram oczy ze zdumieniem: Co to znaczy: „Nagradzanie takich osób jak pani Muller”? Przecież to jest nagroda nie za osobę, ale za książki tej osoby, za jej dzieło, za to, co napisała, a nie za jej życiorys czy za niesłuszne pochodzenie, ani nie jest to rachunek za to, czego nie napisała. Żeby daleko nie szukać: Arafat i Begin dostali nagrodę Nobla ZA COŚ, a nie mimo czegoś. Churchill dostał literackiego Nobla za to, co napisał, a nie za świństwa, które popełnił on lub jego przodkowie w koloniach (tatuś aniołkiem nie był…).

Szewach Weiss formułuje ideę odpowiedzialności zbiorowej do końca życia, ba, do końca Historii. Czyli Rosjanin, Kaszub czy Polak, syn czy wnuk bolszewika, miałby w swojej twórczości do końca życia rozliczać się ze zbrodniami dziadka z WKP(b) albo z Wehrmachtu. Potomkowie Bermana, Radkiewicza czy Fejgina muszą w swojej twórczości rozliczać się ze zbrodniami bezpieki, nie mogą napisać „Cierpień młodego Wertera”, tylko opisywać cierpienia najmłodszej latorośli swojej rodziny, swojego narodu?

„Proszę, niech pani Muller wybaczy. Mówię ogólnie o pewnej zasadzie. Nie krytykuję jej za to, że jest córką esesmana. (Oto jaki wielkoduszny jest szanowny autor – Pass.) Krytykuję za to, że choć była córką takiego człowieka, to zbyt mało wnikliwie zajmuje się konsekwencjami codziennej pracy swojego ojca w fabryce śmierci. (…) Bardzo bym się wstydził, gdyby mój dziadzio lub ojciec byli w Majdanku i w jednym dniu brali udział w zamordowaniu 18 tys. Żydów” – pisze Szewach Weiss.

A ja z pewnym zażenowaniem czytam, co pisze Szewach Weiss, b. przewodniczący Knesetu i b. ambasador państwa Izrael w Warszawie, znany przyjaciel Polski. Z tego bowiem, co pisze, wynika, że Niemcy, a może i Rosjanie, i Serbowie, i Turcy, a może i niektóre inne narody, nigdy już nie będą mogły żyć inaczej niż na kolanach. Jeżeli Herta Muller zbyt mało się wstydzi, zbyt mało wnikliwie analizuje, to ile ma się wstydzić i analizować, żeby mogła wsiąść do wagonu „tylko dla białych”? Ja rozumiem, że musimy być strażnikami prawdy, strażnikami historii, strażnikami pamięci, nie pozwalać na zamazywanie odpowiedzialności za Holokaust i II wojnę światową, ale z tego wcale nie wynika, że literacką nagrodę Nobla powinien był dostać na przykład pisarz izraelski - nie miałbym nic przeciwko temu, pod warunkiem, że byłaby to nagroda za dzieło, a nie za słusznych rodziców czy za dobry naród (jeśli istnieją narody lepsze i gorsze). Choć wielu z nas straciło w czasie wojny całą Rodzinę z rąk Niemców i Polaków, nie chciałbym być strażnikiem w obozie narodów drugiej kategorii.