J.K. Dezerterzy

2010/07/29, czwartek

J.K. Dezerterzy

Polska to faktycznie kraj cudów. Jednego dnia, nazajutrz po wyborach prezydenckich, nastąpiła cudowna przemiana wizerunku prezesa Kaczyńskiego. Z gołąbka pokoju, z gałązką oliwną w dzióbku, który zapowiadał koniec wojny polsko-polskiej, pozdrawiał „przyjaciół Rosjan”, miał nawet dobre słowo dla Gierka, z dnia na dzień przekształcił się ponownie w groźnego wilka, który spuścił z uwięzi swoich najwierniejszych rycerzy, Joachima Brudzińskiego and Co. , a milutkie baranki, PP. Poncyliusza i Kluzik-Rostkowską, pozostawił bez żadnego łupu, czyli bez nagrody za bardzo udaną kampanię prezesa. Rzucił się za to do walki przy pomocy krzyża i katastrofy. Oszustwo, które wiele osób wietrzyło w metamorfozie prezesa, stało się oczywiste nawet dla miłośników J.K..

Obecnie jesteśmy świadkami kolejnego cudu: zazwyczaj przekonani do PiS politycy, komentatorzy i publicyści zaczynają dystansować się od Jarosława Kaczyńskiego. Wschodząca gwiazda PiS, dr Marek MIGALSKI, eurodeputowany z łaski prezesa (oraz tysięcy wyborców), na swoim blogu i w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, przejechał się ostro po prezesie, mówiąc m.in., że skrzywdził autorów swojej kampanii, wrócił do taktyki konfrontacyjnej, a w ogóle to tańczy tak, jak mu zagra Tusk z Michnikiem. Trudno o większą zniewagę.

RZECZPOSPOLITA – medium, które przez ostatnich kilka lat zasłużyło na zaufanie prezesa, zaczyna się od niego wyraźnie dystansować. Redaktor naczelny, Paweł LISICKI pisał (13.07): „Czy naprawdę wolno jednym tchem wymieniać przypadkową tragedię (!!-Pass) – katastrofę pod Smoleńskiem- ze świadomą ofiarą życia, co stało się udziałem oficerów zamordowanych w Katyniu?” A w sprawie krzyża przed pałacem, w obronę którego zaangażował się prezes (ostrzegając Komorowskiego, żeby nie szedł śladem Napieralskiego i Zapatero), red. naczelny „Rz” pisał: „Obrona krzyża zamyka ponownie partię Jarosława Kaczyńskiego w zaułku, z którego wydostała się w czasie kampanii prezydenckiej”. Przypomina o dawnym wizerunku PiS jako ugrupowania „nie rozumiejącego współczesności, o ciasnych horyzontach, blisko związanego z radiem Maryja. Wszystko to skutecznie odpycha umiarkowanych wyborców z centrum (…)”

Gdyby to był głos na łamach „Rz” odosobniony, komisja do spraw cudów mogłaby go nie uznać, ale oto dwa dni później, zastępca Lisickiego, red. Marek MIGALSKI (w mojej ocenie – twarda prawica), w komentarzu „Rz” pisał, że PiS „ściąga właśnie na siebie nieszczęście” utraty wiarygodności. Dostało się Brudzińskiemu za „ruską trumnę”, Błaszczakowi, za porównanie intencji (Komorowskiego) przesunięcia krzyża do PRL, która likwidowała symbole religijne, Kurskiemu, za „cenzurę” jaka rzekomo panowała w PiS przed wyborami.

Magierowski nie zostawia na J.K. suchej nitki za to, że porzucił taktykę otwarcia i umiaru, przypomniał mediom dawną twarz PiS, a po „Przesłaniu do Rosjan” wprowadzono do debaty „ruskie trumny”. „Niektórym politykom nie chodzi o prawdę (smoleńską – Pass). Chodzi o ostateczne wdeptanie wroga w ziemię”. Gdyby to pisał Baczyński, Michnik czy Żakowski – to bym się nie dziwił, ale redaktor „Rz”, jeden z najbardziej niezależnych redaktorów najbardziej niezależnego (od ‘układu’) dziennika? Czy to nie cud?

Na tym nie koniec, bo oto polityką J.K. poczuł się dotknięty Igor JANKE (17.07):, który w „Komentarzu Rz.” pisał: „Sugerowanie, że jeśli ktoś ma na temat krzyża inne zdanie, to stoi po drugiej stronie ‘w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii i polskich POWIĄZAŃ’ (podkr. Pass), a ‘każdy, kto twierdzi coś innego, dopuszcza się ciężkiego moralnego nadużycia’ jest po prostu OBURZAJĄCE. Czuję się OSOBIŚCIE URAŻONY słowami prezesa PiS. A wykluczenie tych, którzy inaczej myślą o sprawach krzyża przed pałacem, jest właśnie moralnym nadużyciem” – kończy Janke.

Inny gorący sympatyk, Piotr Gursztyn (Rz. 28.07) pisze o „trwonieniu dorobku z czasów kampanii” PiS, o „quasi-publicystycznym temperamencie” prezesa, od którego „usłyszymy jeszcze nie raz słowa szkodliwe dla niego samego”.

Gangrena zwątpienia toczy nie tylko „Rzeczpospolitą”, którą Tusk już odwojował bez oddania jednego wystrzału oraz dra Marka Migalskiego, (który jest jeszcze do odwojowania). Nawet Jadwiga Staniszkis, uczona białogłowa, która przed wyborami tuliła prezesa, teraz dopuszcza myśl, że ofensywa J.K. w sprawie katastrofy może mieć na celu zagłuszenie słów prezydenta Lecha Kaczyńskiego na pokładzie samolotu. Łukasz WARZECHA, inny zdecydowany sympatyk prawicy, w artykule pod znamiennym tytułem „PiS się stacza. Na dno?” („Fakt”, 26.07) pisze, że wśród umiarkowanych zwolenników PiS narasta „zniechęcenie”, „żal”, „rozpacz”. Prezes Kaczyński „wraca do najgorszej tradycji wizerunkowej swojej partii”, „wydaje się z perwersyjnym upodobaniem grać pod batutą Palikota”.

Tu i ówdzie odezwie się jeszcze jakiś miłośnik prezesa (Stanisław Janecki jest wierny do końca), ale chór śpiewa już na inną nutę. Nawet przekonani zwolennicy prezesa Kaczyńskiego odsuwają się od niego, ośmielają się go krytykować. Jeszcze trochę, a „Rzeczpospolita”, w której tyle razy pisano o „histerycznej nagonce” na PiS i na Jarosława Kaczyńskiego, sama znajdzie się wśród autorów obłędnej nagonki.

Nie dziwnego, ktoś, kto obdarzał prezesa takim zaufaniem, teraz czuje się urażony, nie dziwię się rozczarowaniu politologa, który z nominacji prezesa trafił na listę wyborczą PiS i dziś pobiera sowite diety (co mu wymawia Janecki). Ludzie, którzy zaangażowali się po stronie prezesa i PIS mają prawo czuć się zawiedzeni. Mogą też mieć pretensje do siebie samych, że źle ulokowali swoje sympatie, ryzykując wiarygodność swoją i swoich mediów. Kto jest bez winy – niech pierwszy rzuci kamieniem. Sam prezes Kaczyński też ma prawo być rozżalony. Stracił „Wprost”, nie może ufać „Rzepie”, nad „niezależną TVP” gromadzą się chmury, imperium medialne PiS (które, oczywiście nie istniało, gdyż media były w rękach ‘układu’) zaczyna się kruszyć. Ciekawe, czy w samej partii również pojawią się J.K. dezerterzy. Oberleutnant von Nogay z pamiętnego filmu Janusza Majewskiego może mieć dużo roboty z maruderami i z dysydentami.

PS. HELENA I RYBA mają żal z powodu łobuzerii na blogu. Mnie się to też nie podoba, ale istnieją granice selekcji. Mamy dylemat gospodarzy stadionów piłkarskich: Jeżeli będziemy odcinać wszystkich chuliganów, to w końcu zostaniemy sami. Lepiej więc zaciąć zęby i ich przewijać. A Szanownych Moderatorów uprzejmie proszę, żeby nie byli zbyt łaskawi i nie tolerowali chamstwa.

JOANNA, WODNIK – Podzielam pogląd państwa na politykę historyczną w wydaniu Muzeum Powstania Warszawskiego, także przerabiania Powstania na śpiewogrę i przebierankę, ale nie zamierzam co roku do tego powracać.

Jak nie krzyżem, to katastrofą

2010/07/27, wtorek

„To gorzej niż błąd, to zbrodnia” – chciałoby się napisać o tym, że PiS wciągnął rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej do swojej gry politycznej.

Zamiast zapewnić tym rodzinom maksymalną pomoc i spokój, zamiast pozwolić rodzinom ofiar odnaleźć się w życiu, Prawo i Sprawiedliwość czyni z katastrofy smoleńskiej główną oś konfliktu politycznego, który tym samym nie może ominąć prawie stu rodzin, ich przyjaciół i znajomych. To dewastacja polskiego życia politycznego, które nie powinno się ogniskować wokół najbardziej nawet bolesnej katastrofy. Zamiast starać się ukoić ból rodzin, PiS i jego akolici podsycają każdą wątpliwość, każdą spekulację, wszelkie napięcie.

W okresie pomiędzy katastrofą a wyborami prezydenckimi, rodziny smoleńskie były pozostawione w spokoju. Jedna czy druga osoba mogła dać wyraz swojemu zaniepokojeniu przebiegiem śledztwa, mogła ulec sugestiom, że nie była to katastrofa, tylko zamach, mogła być rozżalona na organizatorów wyjazdu, na traktowanie w Moskwie czy w Smoleńsku, ale to wszystko nie miało charakteru politycznego, nie było kampanią.

Dopiero gdy Jarosław Kaczyński i powolne mu władze PiS wskazały cel – udowodnienie, że nie była to katastrofa tylko zbrodnia, i wskazały winnego, którym jest Donald Tusk oraz jego rząd – rodziny smoleńskie okazały się potrzebne. Przypomniał sobie o nich znany z miłosierdzia Antoni Macierewicz oraz jego zespół posłów PiS, można było rodziny wykorzystać, by na forum zrzeszającym ponad 120 posłów zainteresowanych awanturą wokół katastrofy, podzieliły się swoimi obawami, podejrzeniami, oskarżeniami.

Specjalnością Jarosława Kaczyńskiego jest konflikt, jest podział, i udało mu się podzielić środowisko rodzin smoleńskich. Być może udało się nawet zarazić kilka rodzin pragnieniem zemsty, agresją w stosunku do władz polskich, mówieniem o „zbrodni” (oczywiście w sensie „potocznym”), nieufnością w stosunku do Rosji i do wszystkich osób oraz instytucji zajętych badaniem przyczyn katastrofy. To zrozumiałe, każdy przeżywa po swojemu. Ale z kolei inne osoby zachowały zimną krew i rozwagę. Z wielką klasą wypowiadała się w telewizji Pani Ewa Komorowska, wdowa po ministrze Stanisławie Komorowskim. Z charakterem oparła się naciskom Pani Izabella Sariusz-Skąpska, córka byłego prezesa zarządu Federacji Rodzin Katyńskich, który zginął pod Smoleńskiem. Pani Skąpska powiedziała, że „Smoleńsk zawłaszczyła jedna opcja polityczna. (…) Nie możemy już w spokoju przeżywać żałoby i czekać na wynik prokuratorskiego śledztwa”. Także Pani Magdalena Merta, wdowa po wiceministrze Kultury, pracownica IPN, która „na zespole Macierewicza” wypowiadała się bardzo ostro pod adresem prokuratury i władz, nazajutrz zmieniła ton, i w telewizji kilkakrotnie podkreślała zadowolenie z jakim przyjmuje zmianę na lepsze w podejściu prokuratury do rodzin smoleńskich.

W sumie jednak jesteśmy świadkami smutnego, gorszącego widowiska, namawiania do ekshumacji, do poddawania w wątpliwość sekcji zwłok, do dyskwalifikowania polskich i rosyjskich instytucji oraz specjalistów, a wszystko w jednym celu. Zrozpaczone, zagubione osoby wykorzystywane są do wojny politycznej. Politycy PiS i media nie wahają się, by uczynić z tego gorszącą hecę, która ma odwrócić uwagę od prawdziwych przyczyn katastrofy, politykom PiS ma napędzić wyborców zgorszonych „zbrodniczą polityką” Platformy, a mediom – jak najwięcej klientów. Pisałem już w tym miejscu nie raz, że ta katastrofa wydaje się mieć szereg przyczyn – od „wojny na górze” po powszechne bałaganiarstwo, zapewne także po stronie rosyjskiej. Ale nie każdy jest zainteresowany ujawnieniem wszystkich przyczyn. Wygląda na to, że wręcz przeciwnie - im większa demoralizacja, im mniej zaufania, im więcej znaków zapytania, im mniej odpowiedzi, im mniej autorytetów – tym lepiej. Jak nie krzyżem go, to katastrofą.

Bryk z Walickiego

2010/07/25, niedziela

Zastanawiałem się, jak „ugryźć” autobiografię prof. Andrzeja Walickiego („Idee i ludzie”) na blogu. To bardzo poważna, żeby nie opowiedzieć monumentalna (prawie 500 „gęstych” stron) książka, chciałbym, żeby przynajmniej niektórzy blogowicze do niej sięgnęli, a inni wiedzieli o co w niej chodzi. Ostatecznie postanowiłem sporządzić „bryk” tylko jednego wątku, ‘politycznego’, a właściwie spis tych  treści, które mnie osobiście najbardziej zainteresowały, wraz z zaznaczeniem stron, na których ta problematyka jest poruszana (wydanie 2010). Cały, ogromny dorobek naukowy Autora, jako zbyt trudny, nie jest w tym ‘bryku’ uwzględniony.  Mam nadzieję, że Autor wy baczy mi takie prostackie potraktowanie Jego autobiografii, a być może blogowicze sięgną po tę książkę.

ARESZTOWANIE ojca, historyka sztuki, Michała Walickiego (w 1949 r., skazany na 5 lat, zwolniony w 1953 r.) – strona 27.

SZYKANOWANIE Andrzeja Walickiego (mógł studiować tylko rusycystykę) i nagonka na niego, jako na element nieprawomyślny,  na studiach – str. 28 – 35.

ŻYCIOWY plan – Walicki rozpoczyna działalność naukową w I. połowie lat 50. Wcześnie sporządza swój życiowy plan:  stawia sobie zadania cząstkowe, ograniczone do pracy naukowej, ale mimo to mocno powiązane ze świadomością opozycyjną wobec słabnącej, ale nadal groźnej ideologii sowietyzmu; decyduje się zostać specjalistą i  „poputczykiem”  Baczki oraz innych twórców warszawskiej szkoły historii idei. Wybiera drogę „nonkonformizmu wewnątrz-systemowego” (która mnie przypomina drogę tygodnika „Polityka”) – strony 42, 63-67, 361 („mój plan życiowy został już prawie wykonany”). Plan życiowy Walickiego obejmował przede wszystkim jego działalność naukową w dziedzinie filozofii, historii idei,  myśli polskiej i rosyjskiej.

CZY PRL to była kolejna, po niemieckiej, okupacja? Walicki nie zgadza się z opinią, jakoby w 1944/45 roku nastąpiła jedynie zmiana okupacji na nową i trwalszą. Oprócz własnych argumentów, przytacza m.in. list od Jana Nowaka-Jeziorańskiego: „Państwo polskie było zniewolone, ale sama jego odrębność stanowiła wielką wartość, której nie wolno było lekkomyślnie utracić” – str. 24. Walicki uważa PRL za przykrywkę, parasol ochronny dla zachowania polskiej tożsamości. (129). Rola Polski w ‘detotalizacji’ systemu – str. 218, 349.

PAZDZIERNIK 1956 – to dla Walickiego chyba najważniejsza cezura w dziejach powojennej Polski, definitywne zakończenie totalitarnej fazy realnego socjalizmu, wyzwolenie umysłów i sumień spod władzy ideologicznej hipnozy. Październik umożliwił ludziom takim jak Walicki uprawianie własnej działki, poszerzanie własnego zakresu wolności. Kluczowy cytat: „człowiek z taką biografią jak moja, tak wiele zawdzięczający odejściu PRL od stalinowskiego totalitaryzmu, byłby nieprzyzwoicie nieuczciwy, gdyby zaczął nagle odcinać się  od całej, ‘totalitarnej’ rzekomo przeszłości kraju. (…) byłem tym, kim byłem, i osiągnąłem to, co osiągnąłem wyłącznie dzięki temu, że popaździernikowa Polska pozytywnie różniła się od innych krajów ‘demokracji ludowej’” – str. 281, także 48, 363.

DEMOKRATYZACJA A LIBERALIZACJA. Walicki rozróżnia demokratyzację systemu PRL (która musiałaby przynieść wzrost znaczenia rewizjonistów) od jego liberalizacji, korzystnej dla całej ludności. Sam uważa się za lewicowego liberała (426), sprzyjał liberalizacji systemu od wewnątrz, pod parasolem władzy autorytarnej, „ale już nie totalitarnej”, a  nie żądaniom, żeby partia rządząca podzieliła się władzą. – Str. 56 – 62.
Jego zdaniem, rewizjonizm, „uzależniający pożądaną ewolucję systemu od ideologicznej odnowy partii” poniósł klęskę w 1968 r. (Str.127). Pierwsi recenzenci książki Walickiego (w GW) zwracają uwagę, że i jemu historia spłatała figla, gdyż to nie wewnątrz-systemowi „liberałowie”, a antysystemowa opozycja zadała decydujący cios  systemowi.

NIETOLERANCJA, wojna domowa (dziś: wojna polsko-polska). Antykomunizm bez komunistów, zoologiczny, niechcący INTELEKTUALNIE rozrachować się w komunizmem i różnymi etapami jego ewolucji,  atmosfera nienawiści wobec postpeerelowskiej lewicy idąca w parze  z antyrosyjskością, traktowanie ‘post-komunistów’ jako pariasów, gromadzenie kapitału nienawiści, nacjonalizm integralny, skierowany do wewnątrz. Str. 281, 337, 361, 416.

OSAMOTNIENIE AUTORA, przemilczanie przez „salon”. „Cała scena polityczna w Polsce przesuwała się na prawo, a ja, pozostając na swoim miejscu, stawałem się, chcąc nie chcąc, coraz bardziej ‘lewicowy’” – 377, 380, 401, 419, 425-429. (Patrz także mój felieton w bieżącej „Polityce”).

STOSUNEK DO ROSJI, anty-rosyjskie emocje, uprzedzenia, ich źródła oraz wykorzystywanie przez polityków – 310 -315, 342, 395.

BILANS własny. Niektórzy postrzegają prof. Walickiego jako Don Kichota, człowieka przywiązanego do celów szlachetnych lecz przegranych. W tym „hamletyźmie” była nie tylko słabość, ale i siła.  Wyraźne odróżnienie własnych wyborów od lojalności wobec jakiejkolwiek grupy. „Skazywało mnie to na osamotnienie i izolację (autor wiele lat spędził zagranicą, jako profesor w Australii, USA i w innych krajach – Pass.), ale była ona widocznie nieodłączną częścią tego, co nazywałem moim ‘losem’”. (427).

Książka wielkiej wagi, gorąco polecam jej lekturę. Warto oderwać się od bieżących polemik i połajanek, których pełne są media i Internet, by spojrzeć na siebie, na swoje życie i na Polskę oczyma  wyjątkowego człowieka.

Czarna dziura

2010/07/23, piątek

Brawo Jan Hartman! Kilkakrotnie na tym blogu pisałem entuzjastycznie o publicystyce profesora UJ, Jana Hartmana, tym razem biję brawo za artykuł „Nasza, ludowa, zapomniana” (GW, 22 VII) o wizerunku PRL, jaki przekazujemy naszym dzieciom.

Autor, o dziwo, przyznaje się do Polski Ludowej. Nie, żeby była jego ideałem, broń Boże, ale była faktem, była czasem, w którym spędziliśmy kawał życia, a który teraz jest przedstawiany groteskowo, w dwóch wersjach. Albo w wersji ironicznej, komicznej, jako komedia pomyłek, wedle komedii Barei, Gruzy (dodajmy: i  KTT) oraz innych czterdziestolatków, albo w wersji martyrologicznej: dobry naród - okrutna władza, którą obalił Jan Paweł II (ew. z pomocą Wałęsy lub Kaczyńskich – niepotrzebne skreślić).

Profesor z ubolewaniem stwierdza, że jego studenci nic o PRL nie wiedzą. Dodajmy – nie wiedzą, ponieważ  taka jest „polityka historyczna”, ponieważ na uroczystość przekazania insygniów władzy Lechowi Wałęsie generał Jaruzelski nie został nawet zaproszony, co miało oznaczać ciągłość pomiędzy II a III RP, z pominięciem PRL. Lata 1944 – 1989, czyli mniej więcej dwa pokolenia, to miała być czarna dziura. Szeroko pisze o tym prof. Andrzej Walicki w swojej autobiografii „Idee i ludzie”, którą gorąco polecam.

„Po wielu latach trwania mentalności  ‘za komuny – teraz’ ma szanse odnowić się naturalna i realistyczna ciągłość społecznej retrospektywy. (…) Zapomniany PRL trzeba jakoś umieścić w świadomości młodych Polaków.  Aby z niewinnej ignorancji wyrósł dojrzały i wyważony stosunek nowych pokoleń Polaków do niedawnej przeszłości ich kraju…”

“To był nasz świat, w którym większość z nas przeżyła większość swojego życia i którego zaskakującą kontynuacją jest Polska współczesna” – pisze Hartman. „Chciałbym powalczyć o godność Polski, jak to się mówi, ‘za poprzedniego ustroju’, a nawet, przyznam, chciałbym, aby moi studenci odrobinę nam zazdrościli, że znamy inny świat. Może był on zacofany, lecz miał swoją prawdę, swoje nadzieje i namiętności. (…) Trwonimy i zakłamujemy pamięć, która jest jeszcze w nas. Podejrzana, dziwnie jakoś przechylona na stronę prawicowo - konserwatywną, ‘polityka historyczna’ skupia się na powstaniach i zrywach niepodległościowych (…); równie ważne jest rozumienie zwykłego życia, całkiem niekoniecznie prawicowego, które toczyło się w naszej ojczyźnie (…), zwłaszcza jeśli to było nasze własne życie”.

W pełni podzielam ten pogląd i gratuluję autorowi odwagi. W pierwszych latach po 1989 roku politycy i publicyści prawicowi, czyli „niezależni” (bo tak o sobie pisali) narzekali, że „przegrali bitwę o pamięć”.  Minione 20 lat przyniosło im jednak pełen sukces. Wygrali bitwę o pamięć, z której wymazali PRL doszczętnie, albo przedstawiają lata 1944 - 1989 w karykaturalny sposób. Dlatego wszelka próba przypomnienia, czym naprawdę był PRL, zostaje natychmiast odebrana jako próba rehabilitacji, gloryfikacji tamtych czasów i systemu komunistycznego. Normalna rozmowa jest trudna, prawie niemożliwa. Jak to życie wyglądało na prawdę, pokazał m.in. Artur Domosławski w biografii „Kapuściński Non Fiction”, ślady prawdy o tamtych czasach można odkryć we wspomnieniach, a nawet w nekrologach, które wyliczają dorobek Zmarłych.

Na próżno by jednak szukać tego w przemówieniach i wystąpieniach polityków oraz publicystów. Ponieważ był to czas ograniczonej suwerenności i daleki od wolności, na wszelki wypadek postanowiono wykreślić go z naszej historii w ogóleas uznać PRL jako temat rozmowy, a nie tylko legendy, czerwonej albo czarnej.

Zawieszenie broni pod krzyżem

2010/07/21, środa

Nareszcie dobra wiadomość: jest porozumienie w sprawie krzyża, ustawionego spontanicznie, acz samowolnie, przed pałacem prezydenckim. Porozumienie zawarte przez organizacje harcerskie oraz Kancelarię Prezydenta, w obecności przedstawiciela Kurii, kładzie kres gorszącemu konfliktowi, który chyba nie mógł mieć miejsca w żadnym kraju europejskim, z Watykanem włącznie.

W czasie tego konfliktu symbol religijny stał się symbolem politycznym, narzędziem do walki z prezydentem - elektem i z urzędującymi władzami. Politycy PiS, z prezesem na czele, konsekwentnie wykorzystują emocje związane z katastrofą smoleńską oraz przywiązanie do krzyża celem podsycania konfliktu z prezydentem - elektem i Platforma Obywatelską. Pogróżki prezesa Kaczyńskiego pod adresem Bronisława Komorowskiego, że jeśli usunie krzyż, to będzie jak Napieralski lub Zapatero, świadczą, iż nawet pod krzyżem lider PiS nie liczy się ze słowami. Po odrzuceniu zapowiadanej przez siebie polityki miłości, zgody i pojednania, prezes PiS wykorzystuje każdą okazję do ataku, do zaostrzenia konfliktu, do zagęszczenia atmosfery, w czym pomocne są media publiczne i gorliwi zwolennicy w mediach prywatnych. Specjalnością prezesa Kaczyńskiego, jak i wszystkich demagogów, jest gra na emocjach – na uczuciach patriotycznych, religijnych, na emocjach ludzkich związanych z tragiczną śmiercią pasażerów samolotu prezydenckiego. Nie waha się wykorzystywać szlachetnych uczuć do niskich celów.

Konflikt o krzyż potwierdził, że Polska jest najbardziej konserwatywnym krajem w Europie, w którym państwo jest trzymane w szachu przez Kościół instytucjonalny, jego potężny aparat, media i miliony wiernych. W sprawach konfliktowych, takich jak nauczanie religii w szkole, komisja majątkowa, zapłodnienie in vitro czy wreszcie krzyż niezgody przed pałacem prezydenckim, państwo polskie jest słabe, niezdecydowane, cofnięte do defensywy. Ten sam Jarosław Kaczyński, który ma usta pełne „silnego państwa”, tym razem ostrzegał władze państwowe przed podniesieniem ręki na krzyż na Krakowskim Przedmieściu, mimo że symbolu tego w pobliżu nie brak – jest to ulica i dzielnica pięknych kościołów. W sprawie krzyża przed pałacem prezydenckim cynicznie zamilkły władze Kościoła (tłumacząc się, że nie one go stawiały i nie jest to teren kościelny), milczała prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz - Waltz, milczał rząd RP, chcąc, żeby za żadną cenę nie zakłócić objęcia urzędu przez prezydenta - elekta oraz by Tusk nie został porównany z Gomułką, a Platforma - z komunistami.

Awantura o krzyż potwierdziła podział naszego społeczeństwa na Polskę A i na Polskę B. Jedna to Polska tradycyjna, zachowawcza, religijna, zazdrośnie strzegąca swojej władzy – od chrztu po pochówek, pełna obaw przed miazmatami Zachodu, przekonana, że tylko pod znakiem krzyża Polska jest polska, a Polak – Polakiem. Druga to Polska mniej na symbole wyczulona, otwarta, kosmopolityczna, pragmatyczna, praktykująca od święta i dla świętego spokoju, pozbawiona energii, by zebrać podpisy rodziców niezbędne do wprowadzenia nauki etyki w szkole lub by opowiedzieć się przeciwko szantażowi ze strony prawicy katolickiej. Przebieg konfliktu o krzyż potwierdza wyniki wyborów prezydenckich – podział Polski jest faktem, a siły są wyrównane. Na następny konflikt nie trzeba będzie długo czekać. Ledwo Polska przegrała w Europejskim Trybunale Praw Człowieka sprawę o ocenę z religii na świadectwie, a już wisi w powietrzu konflikt o zapłodnienie in vitro i jego finansowanie, przynajmniej ograniczone, z budżetu Państwa.

Cieszmy się więc z porozumienia, pamiętając, że jest to tylko zawieszenia broni.

Wiadomość o śmierci PiS…

2010/07/19, poniedziałek

… jest przedwczesna – chciałoby się powiedzieć, czytając komentarz Jacka Żakowskiego w „GW” 19 lipca. Już sam tytuł, „Szkoda PiS-u”, budzi sprzeciw, ale rozumiem, że jest ironiczny. Niestety, ciąg dalszy ironiczny nie jest.

Znakomity publicysta uważa, że w tym tygodniu PiS „definitywnie przestał się liczyć w polskiej polityce. Bo przy takim natężeniu obłędu na zdobycie samodzielnej większości nigdy nie będzie miał szansy (…), nie ma też szans na żadną koalicję”. Zdaniem red. Żakowskiego, prezes Kaczyński „postawił swoją partię i siebie samego poza spektrum możliwego wyboru”, cokolwiek teraz powie, będzie już „bez znaczenia”, spektakularnie wycofał się z walki o władzę.

Chciałbym, żeby Jacek Żakowski miał rację, ale nie jestem takim optymistą. Nawet fakt, że zagorzali zwolennicy J.K. w mediach, jak Paweł Lisicki czy Igor Janke i inni, dystansują się od ostatnich wyczynów genialnego stratega PiS, nie jest dla mnie poważnym argumentem. Przecież miłośnicy prezesa (np. w nieistniejącej już gazecie „Dziennik”), pp. Krasowski, Karnowski, Zaremba, po fazie euforii, zaczęli odzyskiwać przytomność, ale tylko na chwilę.

Znaczna część wyborców szybko kupiła absurdalny język walki z układem, postkomuną, język lustracji, czystki w mediach, korporacjach prawniczych, w środowisku akademickim, w służbie zagranicznej, w służbach specjalnych. Jarosław Kaczyński sieje obłęd nie od dziś i dotychczas zbierał obfite żniwo. To, że obecnie znów się kompromituje w oczach red. Żakowskiego i innych publicystów, a nawet prof. Staniszkis – przy całym do nich szacunku – nie jest dostatecznym argumentem. Kaczyński ma wielką zdolność reinkarnacji i może jeszcze zmartwychwstać.

Świadczy o tym zarówno doświadczenie zagraniczne w naszej strefie geopolitycznej (np. Węgry), gdzie niebezpieczna, demagogiczna prawica zyskuje na władzę, jak i potężni sojusznicy w kraju (Kościół Katolicki, media publiczne). Podatność wyborców na manipulacje jest ogromna, wystarczy iskra ze szczegółów śledztwa w sprawie Smoleńska albo krzyża na Krakowskim Przedmieściu, żeby Kaczyński złapał wiatr w żagle. Nie wiadomo, jaka będzie koniunktura gospodarcza. Nie zapominajmy też o efekcie zmęczenia wyborców każdą władzą (w tym przypadku - Platformą) i bardzo nośnym haśle „zmiany”. Zmiana, zmiana ponad wszystko – to hasło, przy pomocy którego można zdobyć miliony głosów. Zwłaszcza że Platforma nie dokona cudów – jej koncepcja małych kroków i wielkiej ostrożności, choćby w sprawach obyczajowych, nie zapowiada niczego rewelacyjnego. PiS i jej spin-doktorzy to mistrzowie demagogii, będą dążyć do władzy za wszelką cenę, nawet po trupach ofiar katastrofy. Afera hazardowa, finanse kampanii Palikota, sytuacja w armii, w lotnictwie, powódź, susza, Bóg wie co – wszystko może być amunicją przeciw rządzącym, zwłaszcza
że Platforma nie jest bez winy i może tracić poparcie na rzecz lewicy.

W sumie – uważam wiadomości o śmierci PiS jako przedwczesne. To potworna choroba, której zwalczanie wymaga jeszcze wiele sił i czasu. A publicyści, którzy na nią zapadli, dystansują się lekko od prezesa, kierując się wyłącznie troską o jego i swój interes. Gdyby mieli inne powody – dawno już wysiedliby z tego tramwaju.

Topór wojenny PiS

2010/07/14, środa

Najważniejsza nie jest już Polska. Najważniejsza jest katastrofa, a ściślej – powrót PiS do władzy. Katastrofa smoleńska ma być katastrofą Tuska.

Poległy męczeńską śmiercią prezydent Lech Kaczyński zmartwychwstanie w osobie swojego brata – taka jest wola prezesa. Nazajutrz po wyborach prezydenckich, prezes Kaczyński i jego partia przestali mówić o zakończeniu wojny polsko-polskiej, przestali wyciągać rękę do zgody (poprzednio wyciągniętą nawet do Edwarda Gierka), zamiast aniołków prezesa zobaczyliśmy znowu nieustraszonych wojowników - Joachima Brudzińskiego i Beatę Kempę, nawet posłanka Kluzik-Rostkowska zaczęła powtarzać za prezesem, że dwie wyprawy do Katynia były przyczyną tragedii.

W kolejnych wywiadach dla bliskich sobie mediów („Rz.” i „Gazeta Polska”), tak żeby nie było niewygodnych pytań, prezes Kaczyński wykopał topór wojenny, powiedział, co jest dla niego najważniejsze. Ten topór to katastrofa smoleńska, przy pomocy której Kaczyński chce wrócić do władzy, pogrążyć Tuska i jego rząd. „Uczynię wszystko, by wyjaśnić przyczyny katastrofy samolotu rządowego. (Nie ‘prezydenckiego’ tylko ‘rządowego’ – Pass.). TO JEST DZIŚ DLA MNIE NAJWAZNIEJSZE I OSOBIŚCIE I POLITYCZNIE. Będę zabiegał o wyciągnięcie konsekwencji nie tylko prawnych wobec tych, którzy mogli przyczynić się do tego zdarzenia, ale także politycznych i moralnych. Ustalenie osób odpowiedzialnych za katastrofę smoleńską NIE WYMAGA ŚLEDZTWA. Ale to trzeba powiedzieć w odpowiednim momencie tak, by usłyszała o tym cała Polska i cały świat”.

„Odpowiedni moment” jeszcze nie nadszedł, ale nadejdzie – moim zdaniem – bliżej wyborów. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że wyjaśnienie wszystkich przyczyn katastrofy i ustalenie winnych musi trwać latami, to mamy program PiS co najmniej do wyborów parlamentarnych. Niektóre sprawy (IV RP, antykomunizm bez komunistów) prezes pogrzebał, choć nie wiadomo na jak długo, inne – jak reforma ochrony zdrowia, wykorzystanie dotacji unijnych, obrona wsi – pójdą na plan dalszy, a pierwsza linia frontu zostanie zbudowana wokół katastrofy. Widocznie prezes uznał, że lepszej płaszczyzny konfrontacji nie znajdzie.

Po 10 kwietnia Jarosław Kaczyński miał kilka możliwości – wycofać się z życia politycznego z powodu ciężaru, jaki musi dźwigać, wrócić do życia politycznego ale bez rozgrywania tragedii – jak to uczynił w czasie kampanii wyborczej, i jak mógł uczynić dalej („ciszej nad t a trumną”), wreszcie wrócić do polityki i uczynić z tragedii sztandar swojej działalności. Wybrał ten trzeci wariant. Od pochówku na Wawelu po obronę krzyża przed pałacem prezydenckim – wszystko wskazywało na to, że PiS zamierza zogniskować swoją działalność wokół zbrodni Tuska i jego otoczenia.

Oskarżenia, jakie w ciągu ostatnich 48 godzin wysunęli działacze PiS, z prezesem na czele, są niezliczone i niesłychane: wedle PiS - lekceważono prezydenta, nie dopuszczano go do wyjazdu na obchody katyńskie, nie załatwiono mu zaproszenia i odpowiedniej rangi wizyty, rząd prowadził „zbrodniczą politykę” - nie kupił samolotów (jak gdyby Tusk leciał lepszym samolotem, lub awaria samolotu była przyczyną katastrofy),   Tusk dopuścił się zdrady głównej, obściskiwał się z Putinem, podczas gdy ciało prezydenta leżało w błocie, „w ruskiej trumnie”, „wprost grali z Rosjanami”, premier zdecydował się polecieć do Smoleńska dopiero gdy dowiedział się, że leci tam J. Kaczyński, to co „wyrabiał Tusk” po wylądowaniu „nie mieści się w głowie”  prezesa, rola Tuska i Putina w tym wypadku była „niejasna”. Jeżeli dodamy do tego cały arsenał zarzutów na temat prowadzonego śledztwa, na temat postępowania władz rosyjskich i polskich (trzy miesiące minęły i nic  nie wiadomo, niczego nie dowiedzieliśmy się itd), jeżeli dodamy postulat powołania komisji międzynarodowej, jeżeli wyobrazimy sobie, co wszystko wyniknie, jeżeli dojdzie do pierwszych ekshumacji, to możemy sobie wyobrazić, że czeka nas nowa katastrofa – wojna polsko-polska nad trumnami, okropne, gorszące widowisko, które wystawi polskiej klasie politycznej i nam wszystkim złe świadectwo.

Żeby była jasność: pisałem od pierwszego dnia, że winą za katastrofę nie można obciążać tylko jednej strony, ten samolot i ta katastrofa to była cała Polska – nasze państwo, rząd, prezydent, wojsko, konflikt pałaców, lekceważenie norm i przepisów, lot z pogwałceniem wielu reguł (bez znajomości warunków meteo w Smoleńsku), „Polnische Wirtschaft”, to, co się działo w samolocie, trwanie przy zamiarze lądowania w Smoleńsku mimo kilku ostrzeżeń, a także przyczyny po stronie rosyjskiej. Na tę katastrofę złożyło się wiele przyczyn, nikt nie jest bez winy – także  niektóre jej ofiary oraz ci, którzy są wśród żywych…

Znając już winnego i wskazując tylko na Tuska, jego rząd i na Rosjan, prezes Kaczyński kompromituje się jako polityk, krzyczy „łapaj złodzieja”, zapowiada kampanię („Już wkrótce będziemy mogli o tym porozmawiać”), jeszcze wczoraj był obolały, milczący, osowiały, w głębokiej żałobie, u boku ciężko chorej matki – dziś wstąpiła weń energia, ma nowy cel: odrodzić się z popiołów Smoleńska, przekształcić katastrofę samolotu w katastrofę Tuska, w swoje  polityczne zwycięstwo i w powrót do władzy.

Gdyby Jarosław Kaczyński był mężem stanu, kierowałby się interesem Polski, a nie swoim i swojej partii. Interes Polski zaś wymaga, żeby przyczyny katastrofy były wyjaśnione do końca, zgodnie z prawem, bez mieszania się polityków, by  wnioski i konsekwencje – polityczne oraz prawne – zostały wyciągnięte, ale nie żeby to był  priorytet numer jeden  prawie 40-milionowego narodu. Chyba, że ktoś uważa, że bez względu na koszty, priorytetem jest powrót Jarosława Kaczyńskiego do władzy.

Marsz smoleński

2010/07/11, niedziela

Wiele było śmiechów i żartów, kiedy prezes wystąpił w ciepłym, domowym  wnętrzu, obok pianina i otwartych nut, nucąc melodię  miłą dla rosyjskiego ucha. Teraz okazuje się, że pianino nie było rekwizytem, prezes gra na tym instrumencie, uderza w różne klawisze, przebiera palcami po klawiaturze, a nogami w miarę potrzeby dociska pedały, raz głośniej – innym razem znów ciszej. Potrafi też zagrać akordy i pasaże – to prawdziwy artysta. Mistrz nastroju.

Poszczególne klawisze to Wawel, Krakowskie Przedmieście i pałac prezydencki, krzyż i wystawa fotografii przed pałacem, zespół sejmowy do zbadania katastrofy smoleńskiej, śledztwo polskie, rosyjskie i ewentualnie międzynarodowe, comiesięczne uroczystości żałobne, mecenas Rogalski, fotografie tragicznie zmarłych posłów umieszczone na fotelach, które kiedyś zajmowali w Sejmie, a do tego mogą dojść jeszcze inne klawisze – interpelacje, wywiady, konferencje, przemówienia, nabożeństwa, homilie, odpowiednio dobrane słownictwo o „poległych męczeńską śmiercią”, niewinne pytania, a wszystko to w jednym celu – żeby katastrofę pod Smoleńskiem wykorzystać do skupienia wokół siebie jak największego poparcia mediów i wyborców, którzy będą potrzebni w najbliższym czasie. I to wszystko przeciwko rządowi, który jest winien katastrofy, przeciwko Tuskowi,  przeciwko Klichowi, którzy są moralnie odpowiedzialni za tragedię. Pani poseł Kluzik-Rostkowska mówi na przykład, że gdyby nie było dwóch wypraw do Smoleńska, to nie byłoby katastrofy. A skąd pani poseł wie, że katastrofy by nie było – to nieważne, choć katastrofa mogła się zdarzyć każdego innego dnia również. Ważne, żeby katastrofę podtrzymywać w życiu publicznym.

Dyskutowałem o tym w TVN 24 z dziennikarzem, który był skłonny rozpatrywać każdą sprawę osobno. ŚLEDZTWO?  Podobno się ślimaczy, po trzech miesiącach „wiemy tyle, co przedtem”, co chwilę pojawiają się nowe wątpliwości, a to Rosjanie nie przekazali materiałów, a to kontrola lotów zezwoliła na zniżenie do 50 m, a to telefony satelitarne zginęły, a to, a tamto, a owo. Bez względu na to, ile padnie odpowiedzi i w jakim stadium będzie śledztwo – stale będą pojawiały się nowe pytania. Można je podnosić, zadawać, powtarzać, i – podobnie jak w sprawie katastrofy pod Gibraltarem – pytań nie zabraknie przez następnych 50 lat. Są przecież uprawnione.

WAWEL? To nie była decyzja prezesa, poza tym każdy ma prawo jechać do Krakowa i składać tam kwiaty, a od mediów trudno uciec. KRZYŻ? To nie prezes go stawiał, to inicjatywa harcerzy, niech teraz martwią się Komorowski i Tusk, i – jeśli zechce – abp Nycz. ZESPÓŁ POSELSKI? Takich zespołów jest wiele, normalna rzecz, śledztwa trzeba nadzorować, w końcu to była jedyna taka katastrofa na świecie, jest czemu się przyglądać, a  nie ma komu ufać, niech Tusk, Miller, Klich i inni staną przed zespołem, niech się tłumaczą przed narodem ze swoich zaniedbań, niech przyjadą rosyjscy eksperci, niech członkowie zespołu poselskiego pojadą do Moskwy i do Smoleńska. Tę sprawę trzeba wyjaśnić do końca, włącznie z jej aspektem prawnym, to jest z postawieniem zarzutów i skazaniem winnych.

COMIESIĘCZNE UROCZYSTOŚCI? A co w tym złego? To kwestia kultury, wspólnoty, pamięci, bez której naród nie może istnieć. Nie damy pozbawić się przeszłości. HAPPENING NA KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIU? – To nie jest inicjatywa PiS, to samorzutna działalność obywateli, w dodatku nowoczesna, bo teraz modne jest odtwarzanie wydarzeń historycznych – od Grunwaldu po Smoleńsk.

Każda z tych inicjatyw oddzielnie da się uzasadnić, jest zrozumiała, ale nikt mi nie wytłumaczy, że to  nie jest koncert na wiele klawiszy, a pianino w pokoju prezesa znalazło się tam przypadkiem. Grany jest marsz smoleński. I nie trudno zgadnąć dokąd on prowadzi.
***

MÓJ SERW – WASZ RETURN

STASIEKU i inni blogowicze zainteresowani tenisem, kolekcjonowaniem sztuki, zdobywaniem przyjaciół i pieniędzy – zapraszam do książki „Passent o Fibaku”, która ukazała się w tych dniach nakładem Wydawnictwa Nowy Świat. Książka ta ma swoich rodziców chrzestnych. Matką chrzestną jest Agnieszka Osiecka, która uprawiała sporty (była pływaczką w CWKS Legia), i wspólnie ze mną zachęcała do uprawiania sportów naszą córkę. Pewnego dnia, w latach 70., Agnieszka poznała w USA Wojtka Fibaka, odwiedziła jego dom, była pod wrażeniem gospodarzy, Ewy i Wojtka, oraz ich kolekcji sztuki. Po powrocie zachęciła mnie do napisania tej książki.

Ojcem chrzestnym jest Tadeusz Olszański, znany dziennikarz sportowy, publicysta, tłumacz z języka węgierskiego, autor wielu książek, m.in. książki o Stanisławowie, z którego obaj pochodzimy. Na Mundialu piłkarskim w RFN, w latach 70, gdzie dzieliliśmy wspólny pokój, pewnego dnia powiedział: „Daniel, ty powinieneś napisać książkę o Fibaku”.

I tak się stało. Pierwszą wersję tej książki napisałem pod koniec lat 80., kiedy Fibak był idolem, jednym z bohaterów masowej wyobraźni w Polsce: u schyłku PRL, polski junior z Poznania przebija się do czołówki światowej. Do triumfów sportowych dochodzą poważne, prawdziwe pieniądze, a także nowa pasja: inwestowanie w nieruchomości i kolekcjonowanie sztuki, z czasem powstanie najlepsza na świecie kolekcja malarstwa polskiego tzw. Szkoły Paryskiej.

Nad tą książką pracowałem dwa lata, rozmawiałem z Rodziną Fibaka, jego kolegami, pierwszymi trenerami, na turniejach US Open w Nowym Jorku i na kortach Rolanda Garrosa, a także w innych miejscach, rozmawiałem z wieloma najwybitniejszymi tenisistami na świecie, włącznie z Ivanem Lendlem i Borysem Beckerem, z przyjaciółmi Fibaka, m.in. z Jerzym Kosińskim, ze znawcami sztuki, m.in. a Panią Profesor Władysławą Jaworską – wielką specjalistką w dziedzinie Ecole de Paris, zwłaszcza Tadeusza Makowskiego, z krytykami sztuki, m.in. z Panią Andą Rottenberg, ze specjalistami w dziedzinie przemysłu tenisowego. Chwilami towarzyszyłem Fibakowi na każdym kroku.

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1990 roku, rozeszło się znakomicie, choć Polska miała wówczas inne sprawy na głowie.. Dwadzieścia lat później spotkałem Fibaka na rowerze, na Nowym Mieście. Jechał akurat do swojej galerii w budynku ASP na Krakowskim Przedmieściu. W ciągu tych dwudziestu lat wiele się w jego życiu zmieniło – powrócił do Polski, ma nową rodzinę, nową galerię, nowe zainteresowanie. – Co z twoją książką, może byś ją wznowił? – zaproponował. Wtedy przystąpiłem do pracy. Musiałem zbadać, co Fibak robił przez tych 20 lat – poznać obecną rodzinę, kolekcję, przyjaciół. Przez 20 lat w życiu Fibaka zaszło bardzo wiele – rozpadło się małżeństwo, ale założył nową rodzinę i jest szczęśliwy, stopniała fortuna, ale pracuje na nową, rozpadła się kolekcja, ale zbiera, kupuje i sprzedaje nowe malarstwo, pozostała mu także słabość do nieruchomości, a przede wszystkim jego najlepsze cechy – inteligencja, szybkość, bystrość, nieprzeciętna głowa. No, i dystans, jaki niektórzy moi rozmówcy mają do Fibaka. Książka ukazała się po turnieju na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu i w trakcie Wimbledonu 2010.

Wszystko to złożyło się na książkę zmienioną i rozszerzoną, o sporcie, sztuce i fortunie, pt. „MOJA GRA, Passent o Fibaku”, do której zapraszam. Mój serw – Wasz return!

Z duchem czasu

2010/07/9, piątek

Chociaż w II turze mieliśmy do wyboru katolika albo katolika, nie wszyscy są z tego zadowoleni.

Profesor Maria Szyszkowska ośmiela się twierdzić („Rz.”), że „Kościół katolicki w ogóle nie powinien się angażować w politykę.” (Chyba nie tylko katolicki – Pass). I dalej: W państwie demokratycznym istnieje pluralizm światopoglądowy. „W Polsce tymczasem zarówno instytucje kościelne, jak i media popełniają ten sam błąd – wywierają na Polaków presję, by głosowali w określony, dogodny dla nich sposób. (…) Niepokoi mnie także ostatnia decyzja Watykanu w sprawie beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. W rzeczywistości nie umarł on bowiem jako krzewiciel wiary, lecz jako działacz polityczny. Jeżeli jednak traktuje się księdza Popiełuszkę jako świętego, to aprobuje się zarazem jego śmierć męczeńską jako kapłana i działacza politycznego”, co stanowi zachętę „dla pozostałych księży do angażowania się w politykę”.

Zgadzam się z panią Profesor, z jednym zastrzeżeniem: nie można jednym tchem wymieniać kościoła i mediów. Media właśnie od tego są, żeby toczyły dialog polityczny i namawiały obywateli do różnych zachowań, także w wyborach. Tymczasem p. Profesor uważa, że „zarzuty co do zachowania w kampanii prezydenckiej należy też postawić mediom publicznym.(…) Media te nieustannie namawiały do tego, by głosować na PO (?! – Pass). Najbardziej oburzało mnie twierdzenie, że głos oddany na kogoś innego (łącznie z PiS) będzie głosem straconym”. Czytam ten fragment kilka razy i nie mogę zrozumieć o jakim kraju, o jakich mediach publicznych, które namawiały do głosowania na Platformę, Pani Profesor pisze? Czy ja śnię, czy po prostu chodzi o pomyłkę?

Tak czy owak, jestem za rozdziałem kościołów od państwa, i za państwem świeckim, neutralnym, a nie prokościelnym, jakie mamy w Polsce. Dlatego, kiedy czytam dra Tomasza Terlikowskiego, to się fundamentalnie z nim nie zgadzam. W artykule pod znamiennym tytułem „Katolikiem jest się także przy urnie wyborczej”, T.T. pisze, że „religia powinna wpływać na dokonywane przez nas wybory”, „Głos Kościoła ma być głosem sprzeciwu wobec złych lub błędnych poglądów, a nie głosem poparcia dla kandydata”, jeśli już kogoś trzeba „przywołać do porządku”, to raczej prezydenta-elekta, który „nachalnie wykorzystywał autorytet Kościoła”, a także tych duchownych, którzy wybrali obronę swojego kandydata za cenę jasnego nauczanie Kościoła”.

I znów zastanawiam się, czy mnie wzrok i słuch nie myli. Czy my żyjemy w kraju, w którym kandydat Platformy nachalnie wykorzystywał autorytet Kościoła, czy też było inaczej – obaj umizgiwali się do Kościoła, ale część duchowieństwa i hierarchów bez zahamowań agitowała za Jarosławem Kaczyńskim? Żaden z obu kandydatów nie jest zwolennikiem państwa świeckiego, neutralnego światopoglądowo, podobnie jako Kościół nie jest neutralny politycznie. Gdyby miał być spełniony postulat T.T., by politycy kierowali się wiarą, to żylibyśmy jeszcze w czasach przed Reformacją, nadal obowiązywałaby kara śmierci, nie istniałyby rozwody, nawet cywilne, bicie dzieci byłoby normą, a geje żyliby w podziemiu. Państwo wyznaniowe, teokrację, uważam za nieszczęście, wszystko jedno gdzie – w Izraelu, w Iranie, czy w Polsce.

Ma rację Tomasz Wołek, który w tejże „Rz” (Redakcji należy się uznanie za dopuszczenie różnych poglądów), pisze o „nachalnej, prymitywnej agitacji, pełnych jadu i nienawiści homiliach, straszeniu grzechem ciężkim, nazywania niechcianego kandydata – szatanem…” Zgadzam się z autorem, że kościół instytucjonalny za to zapłaci, w tych wyborach wykonał krok ku samozatraceniu, stanął po złej stronie, nie dlatego, że poparł Kaczyńskiego, ale dlatego, że zaangażował się tak dalece w politykę, co było zrozumiałe w czasach PRL, kiedy nie było demokracji, wolnych mediów, partii politycznych, instytucji społeczeństwa obywatelskiego, ale dzisiaj jest anachronizmem i uzurpacją. Już i tak mamy opinię najbardziej konserwatywnego kraju w Europie.

Chciałbym dorzucić swoje trzy grosze także do sporu o performance (?) przygotowywany przez Rafała Betlejewskiego, który w rocznicę zbrodni w Jedwabnem zamierza (z dala od tamtego miejsca) spalić stodołę („GW”, 9 lipca). To dalszy ciąg akcji „Tęsknie za tobą, Żydzie”. Podpalenie stodoły budzi rozmaite opory, jako potworna dysproporcja w stosunku do śmierci kilkuset osób zamordowanych w okrutny sposób, w Jedwabnem nie spalono stodoły, tylko ludzi, nie można podpalać symbolicznych stosów i czynić z tego widowiska.

Rozumiem i te podzielam zastrzeżenia, ale mimo wszystko nie zakazałbym tego performance’u. Artysta, tym razem Betlejewski, na różne sposoby przypomina o Zagładzie, o tragedii Żydów polskich, takie jest prawo sztuki od niepamiętnych czasów, że przypomnę „Guernikę” Picassa i obrazy Andrzeja Wróblewskiego. Bardziej przemawia do mnie stanowisko Zofii i Tadeusza Merkielów: „Jeśli my, chrześcijanie, nie płoniemy ze wstydu za spalenia naszych Sąsiadów, niech przynajmniej w każdą rocznicę tej hańby płonie za nas stodoła!” W sztuce nadszedł teraz okres performance’u, naruszania świętości, a także inscenizacji scen historycznych, głównie tych chwalebnych i ku pokrzepieniu serc. W tym kontekście widzę akcję Betlejewskiego i ją popieram. Niech ta stodoła zapłonie, jak znicz na Grobie Nieznanego Żyda.

***

MÓJ SERW – WASZ RETURN

STASIEKU i inni blogowicze zainteresowani tenisem, kolekcjonowaniem sztuki, zdobywaniem przyjaciół i pieniędzy – zapraszam do książki „Passent o Fibaku”, która ukazała się w tych dniach nakładem Wydawnictwa Nowy Świat. Książka ta ma swoich rodziców chrzestnych. Matką chrzestną jest Agnieszka Osiecka, która uprawiała sporty (była pływaczką w CWKS Legia), i wspólnie ze mną zachęcała do uprawiania sportów naszą córkę. Pewnego dnia, w latach 70., Agnieszka poznała w USA Wojtka Fibaka, odwiedziła jego dom, była pod wrażeniem gospodarzy, Ewy i Wojtka, oraz ich kolekcji sztuki. Po powrocie zachęciła mnie do napisania tej książki.

Ojcem chrzestnym jest Tadeusz Olszański, znany dziennikarz sportowy, publicysta, tłumacz z języka węgierskiego, autor wielu książek, m.in. książki o Stanisławowie, z którego obaj pochodzimy. Na Mundialu piłkarskim w RFN, w latach 70, gdzie dzieliliśmy wspólny pokój, pewnego dnia powiedział: „Daniel, ty powinieneś napisać książkę o Fibaku”.

I tak się stało. Pierwszą wersję tej książki napisałem pod koniec lat 80., kiedy Fibak był idolem, jednym z bohaterów masowej wyobraźni w Polsce: u schyłku PRL, polski junior z Poznania przebija się do czołówki światowej. Do triumfów sportowych dochodzą poważne, prawdziwe pieniądze, a także nowa pasja: inwestowanie w nieruchomości i kolekcjonowanie sztuki, z czasem powstanie najlepsza na świecie kolekcja malarstwa polskiego tzw. Szkoły Paryskiej.

Nad tą książką pracowałem dwa lata, rozmawiałem z Rodziną Fibaka, jego kolegami, pierwszymi trenerami, na turniejach US Open w Nowym Jorku i na kortach Rolanda Garrosa, a także w innych miejscach, rozmawiałem z wieloma najwybitniejszymi tenisistami na świecie, włącznie z Ivanem Lendlem i Borysem Beckerem, z przyjaciółmi Fibaka, m.in. z Jerzym Kosińskim, ze znawcami sztuki, m.in. a Panią Profesor Władysławą Jaworską – wielką specjalistką w dziedzinie Ecole de Paris, zwłaszcza Tadeusza Makowskiego, z krytykami sztuki, m.in. z Panią Andą Rottenberg, ze specjalistami w dziedzinie przemysłu tenisowego. Chwilami towarzyszyłem Fibakowi na każdym kroku.

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1990 roku, rozeszło się znakomicie, choć Polska miała wówczas inne sprawy na głowie.. Dwadzieścia lat później spotkałem Fibaka na rowerze, na Nowym Mieście. Jechał akurat do swojej galerii w budynku ASP na Krakowskim Przedmieściu. W ciągu tych dwudziestu lat wiele się w jego życiu zmieniło – powrócił do Polski, ma nową rodzinę, nową galerię, nowe zainteresowanie. – Co z twoją książką, może byś ją wznowił? – zaproponował. Wtedy przystąpiłem do pracy. Musiałem zbadać, co Fibak robił przez tych 20 lat – poznać obecną rodzinę, kolekcję, przyjaciół. Przez 20 lat w życiu Fibaka zaszło bardzo wiele – rozpadło się małżeństwo, ale założył nową rodzinę i jest szczęśliwy, stopniała fortuna, ale pracuje na nową, rozpadła się kolekcja, ale zbiera, kupuje i sprzedaje nowe malarstwo, pozostała mu także słabość do nieruchomości, a przede wszystkim jego najlepsze cechy – inteligencja, szybkość, bystrość, nieprzeciętna głowa. No, i dystans, jaki niektórzy moi rozmówcy mają do Fibaka. Książka ukazała się po turnieju na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu i w trakcie Wimbledonu 2010.

Wszystko to złożyło się na książkę zmienioną i rozszerzoną, o sporcie, sztuce i fortunie, pt. „MOJA GRA, Passent o Fibaku”, do której zapraszam. Mój serw – Wasz return!

Najważniejszy jest człowiek

2010/07/7, środa

Wybory za nami, możemy odetchnąć i zająć się tym, co najciekawsze – ludźmi.

KOMOROWSKI BRONISŁAW, nowy prezydent, prochu nie wymyśli, ale prezydentem będzie dobrym. Jedną z pierwszych prób jego charakteru i umiejętności politycznych będzie stanowisko, jakie zajmie w sprawie krzyża i mauzoleum prezydenta Kaczyńskiego, ścianą płaczu przed Pałacem Namiestnikowskim. Co zrobi prezydent – elekt? Czy wykona unik i wybierze Belweder, żeby trzymać się z daleka od krzyża na Krakowskim Przedmieściu? Czy dogada się z Kościołem i czy będzie z kim rozmawiać, bo część hierarchii odwróciła się do Komorowskiego plecami. Czy (w co nie wierzę) każe oddzielić krzyż od pałacu prezydenckiego? Ciekawa sprawa, niby mała, a zapalna, będzie ważnym testem.

TUSK DONALD, król elekcyjny. Znalazł się na rozstaju dróg. Jedna prowadzi do reform, bolesnych i niepopularnych, w tym do przedłużenia czasu pracy do emerytury, choćby stopniowego, rozłożonego na lata, tak jak rozłożone na lata ograniczanie przywilejów w wojsku, czy przyspieszy komercjalizację szpitali i sanację ochrony zdrowia, czy też – będąc więźniem obietnic wyborczych – nie będzie miał odwagi podnieść ręki na zdobycze i gwarancje, w tym prawo do czekania miesiącami na wizytę u specjalisty i prawo do godnego umierania w kolejce na korytarzu szpitala onkologicznego? Druga droga nie prowadzi do reform, ale do spokojnego, bieżącego administrowania krajem. Są ludzie, którzy uważają, że nie ma co porywać się na reformy, ponieważ PSL się nie zgodzi, naród będzie niezadowolony, a wybory trzeba wygrać. W tej sytuacji lepiej jest administrować, dokonywać drobne zmiany i korekty, a zapowiedziane reformy odkładać jak najdalej. Ciekaw jestem, co Tusk wybierze, ale wydaje się, że raczej to drugie…

GRZEGORZ SCHETYNA – marszałek Sejmu. Ma swoich zwolenników, że sprawny, bystry, umie się dogadać i porozumieć etc. Ja do nich nie należę, wolałbym na stanowisku marszałka Ewę Kopacz. W Schetynie jest coś pospolitego, on mi jakoś do godności marszałka i p.o. prezydenta nie pasuje. Niby nie bardzo jest do czego się przyczepić, a jednak nie mam przekonania. Zapewne marszałkiem będzie dobrym, sprawnym, lepszym niż Marek Jurek, a jednak nic nie na to nie poradzę – nie jest to postać porywająca. Przynajmniej dla mnie. Jego format, zainteresowania, sposób myślenia i mówienia („Tak pisze konstytucja”) nie zdradzają polityka dużej klasy, ani nawet inteligenta, jego poglądy są enigmą, jego lektury są tajemnicą, wykształcenie jest głęboko ukryte. Zawodowy polityk partyjny. I tyle.

PALIKOT JANUSZ – nie do przyjęcia. Co z tego, że inteligentny, zamożny i ma wcale licznych zwolenników, skoro co pewien czas trzeba się za niego wstydzić. Kiedy swojego czasu skrytykowałem go za to, że nazwał prezydenta (L.K.) chamem, wiele osób na tym blogu miało mi za złe. Teraz znów Palikot powiedział, że Lech Kaczyński ma krew na rękach i jest moralnie odpowiedzialny za śmierć ofiar tragedii smoleńskiej. Moim zdaniem (pisałem o tym zaraz po katastrofie) przypisywanie winy TYLKO Lechowi Kaczyńskiemu jest grubym uproszczeniem. Samolot Tu-154 to był mały kawałek Polski, źle przygotowany lot, źle przygotowana załoga, spóźniony prezydent, unosząca się w powietrzu presja, strach, brawura, beztroska, lekceważenie standardów, w sumie Polnische Wirtschaft. Lech Kaczyński był częścią tego kraju, może nawet - jako prezydent – najważniejszą, ale tylko częścią i nie można obwiniać tylko jego. To nadużycie podobne do tego, jakie uprawia Jarosław Kaczyński.

KACZYŃSKI JAROSŁAW, mówiąc o poległych śmiercią męczeńską pod Smoleńskiem i ponownie grając tragedią, zrywa z polityką miłości, jaką jeszcze kilka dni temu uprawiał. Mówienie o „poległych” jest nadużyciem, ale jest też konsekwencją Wawelu i szantażu moralnego wobec tych, którzy myślą inaczej. Wojna polsko – polska powraca i jest chyba nieuchronna. Koalicja i opozycja będą toczyć ostry spór, a niska kultura polityczna wielu jego uczestników spowoduje wzajemne faule, rany i obrażenia. Język publicystyki już bardzo się zaostrzył – nie ma dalszej potrzeby udawania pojednania i miłości. Prezes nie będzie stronił od gry faul, ponieważ w tej chwili żadnego programu nie ma. Odszedł od IV RP i od Polski solidarnej, uśmiechnął się do Gierka i Napieralskiego, ale mało kto traktuje te gesty poważnie. Jarosław Kaczyński znalazł się w sytuacji paradoksalnej – cieszy się poparciem dużej części społeczeństwa, ale nie ma dla niej programu. Dlatego pokusa wznowienia wojny jest taka silna. J.K. to wojownik, a człowiek jest najważniejszy.

***

MÓJ SERW – WASZ RETURN

STASIEKU i inni blogowicze zainteresowani tenisem, kolekcjonowaniem sztuki, zdobywaniem przyjaciół i pieniędzy – zapraszam do książki „Passent o Fibaku”, która ukazała się w tych dniach nakładem Wydawnictwa Nowy Świat. Książka ta ma swoich rodziców chrzestnych. Matką chrzestną jest Agnieszka Osiecka, która uprawiała sporty (była pływaczką w CWKS Legia), i wspólnie ze mną zachęcała do uprawiania sportów naszą córkę. Pewnego dnia, w latach 70., Agnieszka poznała w USA Wojtka Fibaka, odwiedziła jego dom, była pod wrażeniem gospodarzy, Ewy i Wojtka, oraz ich kolekcji sztuki. Po powrocie zachęciła mnie do napisania tej książki.

Ojcem chrzestnym jest Tadeusz Olszański, znany dziennikarz sportowy, publicysta, tłumacz z języka węgierskiego, autor wielu książek, m.in. książki o Stanisławowie, z którego obaj pochodzimy. Na Mundialu piłkarskim w RFN, w latach 70, gdzie dzieliliśmy wspólny pokój, pewnego dnia powiedział: „Daniel, ty powinieneś napisać książkę o Fibaku”.

I tak się stało. Pierwszą wersję tej książki napisałem pod koniec lat 80., kiedy Fibak był idolem, jednym z bohaterów masowej wyobraźni w Polsce: u schyłku PRL, polski junior z Poznania przebija się do czołówki światowej. Do triumfów sportowych dochodzą poważne, prawdziwe pieniądze, a także nowa pasja: inwestowanie w nieruchomości i kolekcjonowanie sztuki, z czasem powstanie najlepsza na świecie kolekcja malarstwa polskiego tzw. Szkoły Paryskiej.

Nad tą książką pracowałem dwa lata, rozmawiałem z Rodziną Fibaka, jego kolegami, pierwszymi trenerami, na turniejach US Open w Nowym Jorku i na kortach Rolanda Garrosa, a także w innych miejscach, rozmawiałem z wieloma najwybitniejszymi tenisistami na świecie, włącznie z Ivanem Lendlem i Borysem Beckerem, z przyjaciółmi Fibaka, m.in. z Jerzym Kosińskim, ze znawcami sztuki, m.in. a Panią Profesor Władysławą Jaworską – wielką specjalistką w dziedzinie Ecole de Paris, zwłaszcza Tadeusza Makowskiego, z krytykami sztuki, m.in. z Panią Andą Rottenberg, ze specjalistami w dziedzinie przemysłu tenisowego. Chwilami towarzyszyłem Fibakowi na każdym kroku.

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1990 roku, rozeszło się znakomicie, choć Polska miała wówczas inne sprawy na głowie.. Dwadzieścia lat później spotkałem Fibaka na rowerze, na Nowym Mieście. Jechał akurat do swojej galerii w budynku ASP na Krakowskim Przedmieściu. W ciągu tych dwudziestu lat wiele się w jego życiu zmieniło – powrócił do Polski, ma nową rodzinę, nową galerię, nowe zainteresowanie. – Co z twoją książką, może byś ją wznowił? – zaproponował. Wtedy przystąpiłem do pracy. Musiałem zbadać, co Fibak robił przez tych 20 lat – poznać obecną rodzinę, kolekcję, przyjaciół. Przez 20 lat w życiu Fibaka zaszło bardzo wiele – rozpadło się małżeństwo, ale założył nową rodzinę i jest szczęśliwy, stopniała fortuna, ale pracuje na nową, rozpadła się kolekcja, ale zbiera, kupuje i sprzedaje nowe malarstwo, pozostała mu także słabość do nieruchomości, a przede wszystkim jego najlepsze cechy – inteligencja, szybkość, bystrość, nieprzeciętna głowa. No, i dystans, jaki niektórzy moi rozmówcy mają do Fibaka. Książka ukazała się po turnieju na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu i w trakcie Wimbledonu 2010.

Wszystko to złożyło się na książkę zmienioną i rozszerzoną, o sporcie, sztuce i fortunie, pt. „MOJA GRA, Passent o Fibaku”, do której zapraszam. Mój serw – Wasz return!