25.01.2012
środa

Aż tu nagle…

25 stycznia 2012, środa,

W bajkach dla dzieci bywa tak, że wszystko jest pięknie, krasnoludki robią swoje, królewna jest śliczna, Księżyc się uśmiecha, panuje pełna sielanka, aż tu nagle…I tak zdarzyło się w Polsce. Aptekarze już nie strajkują, Macierewicz na marginesie, gospodarka się trzyma, prezydencja zakończona bez ani jednej wpadki, aż tu nagle pojawiły się ACTA. Na zdrowy rozum sprawa niepojęta. Polska nie jest, niestety, dużym producentem produktów intelektualnych – patentów, technologii, przebojów i bestsellerów, które byłyby przedmiotem kradzieży. Nie jesteśmy także jednym z azjatyckich krajów złodziejskich, przeciwko którym skierowane jest porozumienie ACTA. Kradzież własności intelektualnej to ważna sprawa pomiędzy USA i Chinami, ale nas dotyczy w małym stopniu. Nic dziwnego, że chociaż w Polsce sprawa nie była tajna i dostęp do niej był – nikogo nie poruszyła.

Aż tu nagle… z iskry rozgorzał płomień. Po raz pierwszy od stanu wojennego młodzież wyszła na ulice (pomijam kontrdemonstrację „krzyżową” na Krakowskim Przedmieściu). Jeszcze nie były to dziesiątki tysięcy, ale jednak sprawa okazała się ważna. Ważny jest Internet, ważna była pogłoska, że dostęp do niego może zostać ograniczony, że ma pojawić się cenzura, konfiskata, areszty i w ogóle straszne zagrożenie. Okazało się, że spokój, jaki panuje w Polsce, jest kruchy, i wystarczy iskra, żeby postawić ludzi na nogi, wyprowadzić ich na ulice.

Teraz jest mądry Polak po szkodzie i dziennikarze oskarżają rząd, że procedował sprawę chyłkiem, potajemnie, bez debaty publicznej etc. Może to i prawda, ale może rząd uważał, że to jest sprawa błaha, nas dotyczy w niewielkim stopniu, zresztą były inne sprawy, ważniejsze, gospodarka głupcze, prezydencja, Bruksela, Euro, Smoleńsk, refundacja itd. itp. Kto mógł przypuszczać, że akurat ta sprawa wywoła poruszenie? Minister Zdrojewski zapewnił, że projekt ACTA rozesłano do 27 instytucji, w tym do mediów, i reakcji właściwie nie było. Teraz widać, że nie doceniono organizacji i stowarzyszeń obrony praw człowieka, ale i one same nie uderzały na alarm.

W sumie – dziwna sprawa i nie dziwię się ministrowi Sikorskiemu, że nie wie dlaczego wywołała taka reakcję. Jak w każdej katastrofie, przyczyn jest wiele: Ogromna drażliwość na punkcie Internetu, wrażliwość na punkcie wolności słowa, zaniedbania informacyjne rządu (o czym za chwilę), a także pojawienie się słusznej SPRAWY, której można bronić, wokół której można się zjednoczyć i walczyć o nią, tak, jak pokolenie Internetu robi to w wielu krajach, tak jak walczyła „Solidarność”, wreszcie sprawa, przy której mogli się wykazać politycy, którzy lubią jak coś się dzieje – od Palikota do Korwina mikre. Oliwy do ognia dolewają media, które też lubią, jak coś się dzieje, no i sam Internet.

Większość z nas jest zaskoczona, zaskoczony jest też rząd. Każdy minister mówi coś innego. Minister Kultury, Zdrojewski, czuje się niewinny – wszystko wisiało na stronach, projekt rozesłano wg rozdzielnika, więc o co chodzi? Premier mówi, że Polska porozumienie podpisze i może grymasić w procesie ratyfikacji (nie wiadomo po co, bo ACTA zmienić nie można), minister Boni przeprasza za brak konsultacji, minister Gowin mówi, że w tej chwili, czy formie, Polska nie powinna podpisywać ACTA, a minister Sikorski uważa, że ktoś polską opinię zdezinformował. W to ostatnie – wierzę, ale nie można wszystkiego składać na karb dezinformacji. Powietrze było zelektryzowane, rząd zaspał nieprzygotowany, opozycja (z wyjątkiem SLD) poparła ACTA, i wystarczyła iskra, żeby wywołać eksplozję. Dobra lekcja dla wszystkich.

20.01.2012
piątek

Komu to służy?

20 stycznia 2012, piątek,

Rzadko chodzę do kina, a już na filmy o tematyce okupacyjnej i holokaustowej szczególnie niechętnie, ze względu na osobiste przeżycia, miałem tego dość w realu, i ze względu na niewspółmierność tego, co się działo, z możliwością pokazania tego w filmie. (Nie byłem np. na filmie Spielberga „Lista Schindlera”). Natomiast recenzje filmowe czytam, gdyż pokazują one stan umysłów, sposób  myślenia naszych współczesnych o przeszłości. Często nie wiedzą, jak było, ale mają w głowie sztampę, kliszę, którą powielają („Polacy to bohaterowie”, „Polacy to szmalcownicy” etc.).

W dzisiejszej „Rz.” (20 stycznia) rzuciła mi się w oczy obszerna, na całą stronę,  recenzja Piotra Zychowicza pod tytułem „Sprawiedliwy wśród szmalcowników”. Już sam tytuł każe się domyślać, że Agnieszka Holland zrobiła film o sprawiedliwym w Sodomie, jeden uczciwy Polak, a dookoła niego szmalcownicy.

Zychowicz najpierw wymienia pięć zalet, a potem pięć „wpadek” w filmie „W ciemności”. Niektóre z tych „wpadek” więcej mówią o autorze recenzji niż o Agnieszce Holland.  Pierwszy minus filmu to „antykatolickie fobie. Największym, wręcz OBURZAJĄCYM (wszystkie podkreślenia – Pass.), mankamentem filmu są jego nachalne wątki antykatolickie”. Zychowicz opisuje fragment filmu, w którym grupa ukrywających się Żydów ukrywa się w podziemiach kościoła, jedna z kobiet rodzi dziecko w czasie, gdy w kościele odbywa się msza. Matka dusi dziecko. „Wniosek może być tylko jeden – gdyby zgromadzeni na górze wierni przypadkiem usłyszeli płacz niemowlaka, natychmiast przerwaliby mszę i zbiegli do piwnicy, żeby rozszarpać Żydów na strzępy. Scenę te uważam nie tylko za nieprawdziwą, ale wręcz na SKANDALICZNĄ”.

Po tej opinii następuje insynuacja autora: „(Ta scena) „na pewno za to spodoba się znanym z ‘sympatii’ do Kościoła hollywoodzkim krytykom. I Holland ‘zapunktuje’”. Ja uważam tę opinię za nadużycie. Po pierwsze, jest to scena symboliczna, ilustrująca dwa tysiące lat  stosunku katolicyzmu do Żydów. Po drugie, i tu jest nadużycie Zychowicza, nie chodzi o to, że wszyscy uczestnicy mszy zbiegliby rozszarpać Żydów na strzępy – wystarczyłby JEDEN cichy donosiciel. Niekonieczne było spędzenie wszystkich Żydów do szopy w Jedwabnem, wystarczyłaby jedna czarna owca, a chyba nawet katolicy nie składają się z samych aniołów.

Druga słabość filmu, wg red. Zychowicza, to „Naród bez elit”. Groteskowe – zdaniem publicysty – wykrzywione przedstawienie narodu polskiego. O ile Żydzi z ‘W ciemności’ są ludźmi wysokiej kultury i dobrych manier, oczytanymi,  a nawet mającymi tytuły naukowe, to wszyscy Polacy są przedstawicielami warstw niższych. (…) Holland nie pokazała ani jednego polskiego inteligenta czy przedstawiciela podziemia niepodległościowego.”

Spojrzenie Piotra Zychowicza na film Agnieszki Holland przypomina mi do złudzenia kryteria, przy pomocy których władze PRL oceniały dzieła sztuki: Czy jest odpowiednio pokazana przodująca rola klasy robotniczej, przewodnia rola partii, wsteczna rola kapitalistów i obszarników, czy jest negatywnie pokazany imperializm amerykański i dość zachwytu dla ZSRR, czy Gwardia Ludowa wypada lepiej niż Armia Krajowa itd. itp . Takim wymaganiom nie sposób było sprostać, bo utwór, który uwzględniał wszystkie te czynniki we „właściwych” dla danego etapu proporcjach, nadawał się na śmieci. (Patrz los „Popiołu i diamentu”). Broniąc dobrego wizerunku Polaka i katolika, dziennikarz „Rz” zamawia u Agnieszki Holland film propagandowy.

Ba, w dodatku pozwala sobie pan Zychowicz na insynuacje wobec artystki. Insynuacja pierwsza: „Fakt, że tematem filmu jest szmalcownictwo, niósł ze sobą spore ryzyko, że ZNAJĄC ŚWIATOPOGLĄD TWÓRCZYNI – dla polskiego widza film może być denerwujący.” Co takiego denerwującego jest w światopoglądzie Agnieszki Holland, autor nie wyjaśnia. Równie dobrze można by napisać, że znając światopogląd Piotra Zychowicza, jego recenzja musi być denerwująca. Po co takie insynuacje?

Druga insynuacja dotyczy kalkulacji Agnieszki Holland: scena w kościele „spodoba się znanym z ‘sympatii’ do Kościoła hollywoodzkim krytykom” i Holland „zapunktuje”. Ciekawe, do czego autor pije? Czy do tego, że Hollywood jest opanowane nie przez ten Kościół, który jest bliski autorowi?  „Podjęcie tematu Holokaustu gwarantuje twórcom, że na festiwalach posypią się na nich nagrody, dystrybutorzy będą kopie ich filmów, a krytycy będą pisać kolejne bezkrytyczne recenzje”.

Na szczęście znalazł się jeden krytyk nieprzekupny. Omówił zalety i słabości filmu, więc możemy jego opinię przyjąć za dobrą monetę. Tyle, że jest to moneta fałszywa. Piotr Zychowicz czeka na film, którego żaden szanujący się artysta nie nakręci. No, może Bohdan Poręba.

***

„Passa” – opowieść biograficzna Daniela Passenta. Rozmawia Jan Ordyński.
Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2012

Spacer przez całe życie zaczyna się od wstrząsającego opisu dzieciństwa: żydowskie dziecko przechowywane podczas wojny w „szafie” u polskiej rodziny.  I paradoks: jego rodzice zostali zadenuncjonowani przez Polaków i zamordowani przez Niemców. Nikt nie wie, gdzie i kiedy. Passent mówi Janowi Ordyńskiemu: Dzieciństwo mam amputowane. Od najmłodszych lat byłem pogodzony z tym, że nie mam Rodziców, a właściwie, że oni nie żyją, nie istnieją, że ich nawet nie pamiętam, że nie mam żadnej fotografii Matki i tylko jedno zdjęcie Ojca, które odzyskałem już jako człowiek dorosły, w Paryżu.

Gdy kończy się wojenny koszmar, Daniel Passent trafia do rodziny Jakuba i Anny Prawinów. Z nimi spędza kilka lat w Berlinie, gdzie Jakub Prawin został szefem Polskiej Misji Wojskowej. Passent mówi: Nie będę się rozwodził nad tym, co oznacza strata rodziców – dla nich, zadenuncjowanych i zamordowanych w wieku trzydziestu kilku lat, ani dla mnie, bo takich było wielu i na ten temat istnieje ogromna literatura. Chcę natomiast opowiedzieć o Prawinach, którzy mnie wychowali. Spośród wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, Prawin wywarł na mnie największy wpływ, i tak było do lat 70., kiedy poznałem Agnieszkę Osiecką.

I zaczyna się w życiu Passenta dobra passa. Świetne wykształcenie, światowe życie, ciekawe spotkania. O tym wszystkim opowiada z właściwą dla siebie swadą i autoironią.

Książka jest pełna anegdot o ludziach, z którymi Passent pracował, przyjaźnił się, spotykał. A było ich morze: od wielkich polityków, po pisarzy, artystów, sportowców.  Jest też szczerym rozliczeniem z życia: przyznaniem się do pewnych błędów, ale też obroną wyborów moralnych. W biografiach wydawanych w Polsce nie było jeszcze tak szczerego rozliczenia.

To niezwykły zapis niezwykłej biografii. Świadectwo czasów i ludzi, którzy są ważni w życiu Daniela Passenta, ale też tworzyli polską, i nie tylko polską powojenną historię. Jest też wielkim ukłonem w stronę „Polityki”, która dla Passenta była przez długi czas drugim domem.

Tak o książce mówi sam Passent: Kiedy pięć lat temu urodził się mój wnuk, Kubuś, rozpłakałem się ze szczęścia. Dostałem od życia wszystko. Pora na rachunek. W gazetach pełno jest ludzi, którzy wystawiają rachunki innym. Własnych nie regulują. Ja uważam, że czas się pakować. Od pewnego czasu Agnieszka Osiecka miała w swoim pokoju małe zielone pudełko, a w nim najważniejsze dokumenty – metrykę urodzenia, zaświadczenie z banku, akt własności mieszkania. Ta książka to moje zielone pudełko.

Książka jest dostępna w SKLEPIE POLITYKI.

15.01.2012
niedziela

To jest to!

15 stycznia 2012, niedziela,

Czy PiS może powrócić do władzy? – Moim zdaniem: tak. Warto prześledzić rozumowanie Karola Modzelewskiego. Profesora   przedstawiać nie trzeba – współautor listu Kuronia i Modzelewskiego, więzień polityczny, współtwórca i działacz Solidarności, wybitny historyk,   wielki autorytet, dla mnie wymarzony prezydent Rzeczpospolitej. Każdą jego wypowiedź czytam z uwagą i z zainteresowaniem. Tym razem w Gazecie Wyborczej, tekst tzw. Wykładu Geremkowskiego na UW. Znakomita analiza, kto nie czytał ten trąba (GW 14/14 I). Oto moje streszczenie.

W PRL zbudowano ociężały przemysł, niezdolny do konkurencji międzynarodowej, która spowodowała zniszczenie znacznej części potencjału. Do tego doszła terapia szokowa i polityka neoliberalna kolejnych rządów.  Największą cenę  zapłaciły środowiska robotnicze, które stanowiły ostoję Solidarności. „Niby wygraliśmy, ale ja i moi koledzy przegraliśmy. Kto nam ukradł nasze zwycięstwo?”.

Na tej glebie narodził się w Polsce populizm, na tej fali dochodziły do głosu SLD i PIS. Niezadowolonych wyborców spotkał jednak zawód. Narastało zniechęcenie do demokracji i do elit – ważna komponenta polskiego populizmu. Na tym wypłynął PiS. Partia sprawiedliwych szeryfów zaczęła się dobierać do łże – elity, „fałszywych autorytetów”, „lumpeninteligencji”, „frontu obrony przestępców”, a także do instytucji, takich jak komisja kodyfikacyjna prawa karnego. Postępowanie PiS cieszyło się poparciem części społeczeństwa. Klasa polityczna nie kwapi się do rozrachunku z IV RP.  „Tej popularności  nie wolno lekceważyć” – pisze Modzelewski. Jest to głębokie pęknięcie kulturowe, a nawet wrogość, pomiędzy Polską ludową (przez małe „l”) i Polską oświeconą.

Perspektywa, że PiS wróci do władzy – twierdzi K.M. – wydaje się realna. „Świat i Europa są w kryzysie. Populiści sięgają do retoryki nacjonalistycznej. „Po upadku komunizmu w Polsce nacjonalizm stał się częścią ideowej tożsamości partii populistycznych. Samoobrona straszyła wykupem przez Niemców (…)”, LPR przedstawiała się jako kontynuatorka dzieła Romana Dmowskiego, PiS nie stroni od rusofobii i germanofobii, przedstawia Polskę jako kondominium, coraz silniejszy jest sprzeciw populistów wobec dalszej integracji europejskiej. Globalizacja gospodarcza podmywa, osłabia państwo opiekuńcze, podmywa ład demokratyczny w poszczególnych krajach, globalny kapitał finansowy jest pozbawiony kontroli. Państwo opiekuńcze jest na krawędzi bankructwa wskutek braku kontroli nad przepływem kapitału. Kryzys niszczy poczucie stabilności, wzmaga poczucie zagrożenia, a to woda na młyn populizmu.

„Odpowiedzią na wyzwania globalizacji mogą też być próby zbudowania ponadnarodowych struktur politycznych zdolnych do kontrolowania mechanizmów globalnego kapitalizmu”, ale to  – jako ograniczenie suwerenności – spotyka się ze sprzeciwem nacjonalistów i populistów. Od tego, kto wygra, zależy nasza przyszłość.

Tyle prof. Modzelewski. Mnie szczególnie zainteresował fragment o Polsce oświeconej i o Polsce ludowej, i o tym, że kryzys gospodarczy może przywrócić do władzy populistów z pod znaku PiS. Globalizacja, agencje ratingowe ważniejsze od rządów i instytucji międzynarodowych – to wszystko przynosi dotkliwe skutki ekonomiczne i polityczne, zanik poczucia bezpieczeństwa, zagrożenia, które tylko czekają na męża opatrznościowego i jego entuzjastów.

11.01.2012
środa

Bez wodki nie rozbieriosz

11 stycznia 2012, środa,

Nie każdy jest Janiną Paradowską, dla której życie polityczne nie ma tajemnic. Ja, obserwując to, co się dzieje,  nie zawsze rozumiem o co chodzi, nie zawsze umiem sobie wyrobić stanowisko. Kiedy Jarosław Kaczyński wzywa Donalda Tuska, żeby wrócił z urlopu i „podjął obowiązki” premiera, to rozumiem, że jest to zwykła zagrywka pod publiczkę, że niby premier ślizga się na nartach, a Polska chyli się ku upadkowi. (Na szczęście prezes PiS jest zawsze na posterunku…).

Kiedy Stefan Niesiołowski mówi, że Kaczyński to „żałosny nieuk”, bo nie wie, kto napisał piosenkę „Cysorz to ma klawe życie”, to uważam, że pan profesor przesadza. Kaczyński nie jest taki uczony jak Niesiołowski, ale jest znacznie powyżej swoich kolegów i koleżanek z klubu poselskiego PiS. Kaczyński jest inteligentem, jego najbliższe otoczenie do tego poziomu nie dorasta. Kiedy Niesiołowski twierdzi, że Kaczyńskiego  należy „wyeliminować” z polskiej polityki, to coś się we mnie buntuje przeciwko słowu „wyeliminować”. Podobnie jak prof. Niesiołowski sądzę, że Kaczyński jest szkodnikiem, chętnie widzę ograniczenie jego roli, ale wolę termin „unieszkodliwienie” niż „wyeliminowanie”. Niech sobie będzie – byle nie rządził. A to wcale nie jest takie pewne, bo Kaczor może wrócić, jest osłabiony, ale nie rozbrojony, to niewypał, ale niewypały bywają groźne.

Wracając do naszego życia politycznego. Dwa główne tematy dnia – refundacja i prokuratura – są tak skomplikowane, że „bez wodki nie rozbieriosz”. W sprawie refundacji mamy do czynienia z niedopracowaną ustawą, nie uzgodnioną z poszczególnymi środowiskami jej implementacją, ale mamy także grę interesów poszczególnych środowisk. Konia z rzędem temu, kto w sposób bezstronny i beznamiętny potrafi powiedzieć, czy dalsze protesty lekarzy i aptekarzy (którzy mogą się przyłączyć) są uzasadnione. Wygląda na to, że ani jedni ani drudzy nie chcą brać odpowiedzialności za pieniądze NFZ, a rząd nie wie, co zrobić. Opozycja może zacierać ręce.

W sprawie prokuratury jest równie źle. Prokurator Generalny w konflikcie ze swoim zastępcą. W normalnej sytuacji jeden z nich powinien ustąpić, a najlepiej – jak powiedział senator Cimoszewicz – obaj. Jeden i drugi powinien złożyć dymisję. ALE, tu pojawia się jedno ale: prokuratura wojskowa jest na tropie rzekomych  poważnych, wielomilionowych afer, może korupcji, może  niegospodarności w wojsku. Być może interes publiczny wymaga, żeby pozwolić prokuraturze wojskowej dokończyć śledztwa. Może przyjąć, że jej likwidacja i wcielenie do prokuratury cywilnej nastąpi za kilka lat? Do tego dochodzi wątek smoleński, konflikt Seremet – Parulski, szalone upolitycznienie prokuratury, PiS atakuje  gen. Parulskiego, broni prokuratora Pasionka, a gdzieś pomiędzy nimi dramat prokuratora, który organizuje konferencję prasową bez zgody przełożonego, nie wytrzymuje tego wszystkiego nerwowo. I do tego odżywają wątpliwości (żywi je np. Leszek Miller), czy słuszne było wydzielenie prokuratury z Ministerstwa Sprawiedliwości. Ja uważam, że było słuszne, nie trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby to wszystko podlegało rządowi, ale bądź tu mądry…

Im sprawa ważniejsza – tym bardziej skomplikowana, tym trudniej zająć stanowisko. Szkoda, że wszystko nie jest  takie proste, jak ataki na Jurka Owsiaka i Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – tu wszystko jest jasne. Panowie mają mu za złe, że  nie jest „swój” i po prostu skręcają się z zazdrości, że dokonał czegoś wielkiego bez ich błogosławieństwa. Żeby wszystkie sprawy  były takie oczywiste…

***

„Passa” – opowieść biograficzna Daniela Passenta. Rozmawia Jan Ordyński.
Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2012

Spacer przez całe życie zaczyna się od wstrząsającego opisu dzieciństwa: żydowskie dziecko przechowywane podczas wojny w „szafie” u polskiej rodziny.  I paradoks: jego rodzice zostali zadenuncjonowani przez Polaków i zamordowani przez Niemców. Nikt nie wie, gdzie i kiedy. Passent mówi Janowi Ordyńskiemu: Dzieciństwo mam amputowane. Od najmłodszych lat byłem pogodzony z tym, że nie mam Rodziców, a właściwie, że oni nie żyją, nie istnieją, że ich nawet nie pamiętam, że nie mam żadnej fotografii Matki i tylko jedno zdjęcie Ojca, które odzyskałem już jako człowiek dorosły, w Paryżu.

Gdy kończy się wojenny koszmar, Daniel Passent trafia do rodziny Jakuba i Anny Prawinów. Z nimi spędza kilka lat w Berlinie, gdzie Jakub Prawin został szefem Polskiej Misji Wojskowej. Passent mówi: Nie będę się rozwodził nad tym, co oznacza strata rodziców – dla nich, zadenuncjowanych i zamordowanych w wieku trzydziestu kilku lat, ani dla mnie, bo takich było wielu i na ten temat istnieje ogromna literatura. Chcę natomiast opowiedzieć o Prawinach, którzy mnie wychowali. Spośród wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, Prawin wywarł na mnie największy wpływ, i tak było do lat 70., kiedy poznałem Agnieszkę Osiecką.

I zaczyna się w życiu Passenta dobra passa. Świetne wykształcenie, światowe życie, ciekawe spotkania. O tym wszystkim opowiada z właściwą dla siebie swadą i autoironią.

Książka jest pełna anegdot o ludziach, z którymi Passent pracował, przyjaźnił się, spotykał. A było ich morze: od wielkich polityków, po pisarzy, artystów, sportowców.  Jest też szczerym rozliczeniem z życia: przyznaniem się do pewnych błędów, ale też obroną wyborów moralnych. W biografiach wydawanych w Polsce nie było jeszcze tak szczerego rozliczenia.

To niezwykły zapis niezwykłej biografii. Świadectwo czasów i ludzi, którzy są ważni w życiu Daniela Passenta, ale też tworzyli polską, i nie tylko polską powojenną historię. Jest też wielkim ukłonem w stronę „Polityki”, która dla Passenta była przez długi czas drugim domem.

Tak o książce mówi sam Passent: Kiedy pięć lat temu urodził się mój wnuk, Kubuś, rozpłakałem się ze szczęścia. Dostałem od życia wszystko. Pora na rachunek. W gazetach pełno jest ludzi, którzy wystawiają rachunki innym. Własnych nie regulują. Ja uważam, że czas się pakować. Od pewnego czasu Agnieszka Osiecka miała w swoim pokoju małe zielone pudełko, a w nim najważniejsze dokumenty – metrykę urodzenia, zaświadczenie z banku, akt własności mieszkania. Ta książka to moje zielone pudełko.

Książka jest dostępna w SKLEPIE POLITYKI.

8.01.2012
niedziela

Prawo do niesłuszności

8 stycznia 2012, niedziela,

 Jedną z atrakcji bywania na blogu jest możliwość zetknięcia się z poglądami, które by nam nigdy nie przyszły do głowy, czytając tylko książki i renomowane czasopisma papierowe. Na przykład „jestem polaczek Szczecin” sugeruje, że sprawa pieczątek jest korzystna dla rządu i „celowo sprowokowana”. Zdaniem blogowicza, ustawa refundacyjna jest „narzędziem eksterminacji narodu przez własny rząd”. „Polaczek ze szczecina” twierdzi, że  „Tusk katem narodu” i pyta, czy chcę odpisać.

Odpowiadam: Odpisać nie chcę, ale cieszę się, że i takie poglądy trafiają do „en passant”. Często ręka mnie swędzi, kiedy czytam komentarze na blogu, ale wyciągam spluwę tylko wtedy, kiedy ktoś kogoś obraża. Poza tym jestem zwolennikiem tezy Kisiela, że najważniejsze jest prawo do niesłuszności. Na wiosnę ’80 roku Kisiel pisał:  „prawo do niesłuszności to najważniejsze prawo  mojego mózgu”. Gdyby wszyscy mówili i pisali  słusznie, to byłby koniec świata. W sprawie refundacji leków przemawia do mnie „Dr Skues”, który pisze, że „ta jedna rzecz może docelowo obalić rząd Donalda Tuska”. Nie twierdzę, że jutro koalicja się rozleci, a rząd padnie. Jestem natomiast zdania, że to jest sprawa tak poważna, iż nie zostanie prędko zapomniana i przebaczona.   Trudno sobie wyobrazić, jak rząd wyjdzie obronną ręką z tej plątaniny chciwości koncernów, nie zawsze zrozumiałych zachowań lekarskich, (zgadzam się z Moniką Olejnik, że dr Bukiel „się nabzdyczył”), niedoli pacjentów,  uwikłań polityków (Arłukowicz – Kopacz – Tusk) i – last but not last – własnej nieudolności. Nie lubię, kiedy dziennikarz jest mądry po szkodzie, ale ktoś w szeroko pojętym „rządzie”, w  świecie lekarskim i aptekarski, mógł chyba przewidzieć, że wejście w życie ustawy refundacyjnej jest nie do końca przygotowane i pociągnąć za ręczny hamulec? Przecież każda gazeta chętnie by taki alarm opublikowała.

Niestety, taka nuda, że wszyscy będą mówili słusznie,  nam nie grozi. Czytałem w Onecie wiadomość o premierze filmu Agnieszki Holland „W ciemności”. Lektura komentarzy blogowiczów pod tą wiadomością jest przerażająca. Himalaje antysemityzmu, Niagara obelg i insynuacji. Może mi ktoś odpowie – czy taka jest Polska? Czy taki jest Internet? Czy w wirtualu  udzielają się jakieś brygady nienawiści, podczas gdy ludziom normalnym nie chce się zabierać głosu? Czy nienawiść to stan normalny i powszechny?

Słyszałem przez radio, że ktoś usiłuje zohydzić działalność Jurka Owsiaka i Wielkiej Orkiestry? Trudno mi to pojąć. Rozumiem, że Kościół jest największą instytucją  dobroczynności w Polsce, ale jeśli w tej dziedzinie rodzi się konkurencja – to tylko dobrze. Na naszych oczach rodzi się  społeczeństwo obywatelskie, powstają rozmaite inicjatywy, organizacje pożytku publicznego, fundacje itd. Im więcej – tym lepiej. Działalność charytatywną Owsiaka popieram, nie czepiam się też niektórych jego haseł, w rodzaju „róbta co chceta”, bo „oni” i tak będą robić co chcą. O Woodstocku za mało wiem, żeby się wypowiadać.

I na koniec jedna prośba: Może ktoś (najchętniej z KRRiTV) wyjaśni, dlaczego telewizja Trwam nie dostała zgody na przyszła obecność na platformie cyfrowej (cokolwiek to znaczy). Kiedy słyszę posła Rozenka z Ruchu Palikota, który mówi w radiu Zet, że to jest „skandal” – nic nie rozumiem. Na szczęście jestem za prawem do niesłuszności – tylko kto tu jest niesłuszny, Krajowa Rada czy poseł Rozenek?

2.01.2012
poniedziałek

Gorzkie lekarstwo

2 stycznia 2012, poniedziałek,

Ciekawe, jaka znajdzie się recepta na „kryzys farmakologiczny”. Doświadczenie każe oczekiwać, że w sprawie refundacji, konfliktów rząd – lekarze – aptekarze – koncerny – pacjenci, w końcu dojdzie do jakiegoś modus vivendi. Ale straty będą nie tylko w budżecie, przegrany będzie przede wszystkim rząd i Platforma, zwłaszcza minister Arłukowicz, marszałek Ewa Kopacz i premier Tusk.
 
Od czasu sporu o  OFE  jest to najpoważniejsza rafa na jaką wpadł rząd. Problematyka jest zbyt złożona, żeby mógł ją pojąć zwykły obywatel, ale on wie jedno: recepta z pieczątką może oznaczać uderzenie po kieszeni. Dla przeciętnego człowieka – winien jest rząd. Lekarze i farmaceuci cieszą się większym zaufaniem niż politycy, nawet tak popularni, jak Donald Tusk. Minister Arłukowicz jest w trudnej sytuacji – głosował przeciwko projektowi ustawy, którą teraz realizuje, a jego poprzedniczka na tym stanowisku awansowała na stanowiska marszałka Sejmu – nie może obarczać jej odpowiedzialnością. Ponieważ pani Kopacz awansowała z woli samego Donalda Tuska, a Bartosz Arłukowicz był tegoż Tuska  cenną zdobyczą w walce z SLD  – mamy kryzys na najwyższych piętrach  władzy.

Kryzys jest dla rządu tym bardziej dotkliwy, że nie dotyczy spraw abstrakcyjnych, jak krzyż w Sejmie, Unia Europejska, OFE,  ale tego, co dla rządu Donalda Tuska najważniejsze – „ciepłej wody w kranach”, czyli codziennego funkcjonowania państwa. I to w dziedzinie tak newralgicznej, jak ochrona zdrowia i budżetów rodzinnych. W takich opałach premier Tusk chyba jeszcze nie był. Katastrofa smoleńska była jednak w pewnym stopniu zdarzeniem losowym, na terenie innego kraju. Obecne problemy mogą być od początku do końca przypisane rządowi. To duży prezent dla opozycji.

Jak zachowa się w tej sprawie PSL? Kryzys farmakologiczny przychodzi w momencie, gdy rząd ma bezpieczną większość w Sejmie, ale jest w sytuacji, kiedy koalicja będzie przechodziła kolejne próby: zrównanie i wydłużenie wieku potrzebnego do emerytury, składki zdrowotne od rolników, becikowe – to wszystko sprawy dotyczące milionów wyborców. Jeszcze nie tym razem, ale widać, że przyszłość tego rządu nie jest taka pewna. Rząd może przegrać. Z kim? Z samym sobą.  Recepta na kryzys może zostać wypisana na kartce wyborczej. Lekarstwo będzie gorzkie.

27.12.2011
wtorek

Fachowcy wiedzą lepiej

27 grudnia 2011, wtorek,

W związku z dyskusją o bezprzewodowym wysyłaniu energii, jaka wywiązała się na naszym blogu, pozwolę sobie przytoczyć notatkę jednej z gazet bostońskich z dnia 13 lipca 1816 roku:

„LUDZIE FACHOWI WIEDZĄ DOBRZE

W Nowym Jorku aresztowano jakiegoś człowieka w wieku 46 lat, podającego się za Johna Goppersmitha i który usiłował wyłudzić pieniądze u ciemnych i przesądnych ludzi na budowę aparatu, za pomocą którego będzie można przesyłać głos ludzki po drutach metalowych na dowolne odległości. Twierdzi on, że głos ten będzie słychać wyraźnie na końcu drutu. Przyrząd swój nazywa telefonem. (…) Ludzie fachowi wiedzą dobrze, że niemożliwością jest przesyłanie głosu ludzkiego po drutach tak, jak przesyła się kropki alfabetu morsowego. Zresztą nawet gdyby to było możliwe, nie miałoby najmniejszego zastosowania praktycznego. Należy się więc  wdzięczność władzom,   że zatrzymały tego oszusta.. Miejmy nadzieję, że nie minie go przykładna kara, ku odstraszeniu innych amatorów bogacenia się kosztem bliźnich”.

Źródło: Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki” Tom III,  1964-1980, który się właśnie ukazał. Pasjonująca lektura, gorąco polecam. Oczywiście, historyjka powyższa, nie jest w  żadnym wypadku typowa dla „Dzienników” pisarza, które są zupełnie o czymś innym, są bardzo poważne, żeby nie napisać „tragiczne”, jest za to a propos dyskusji na blogu.

W Nowym Roku życzę wszystkim jak najwięcej dobrej energii, przewodowej i bezprzewodowej (jeśli taka istnieje…).

22.12.2011
czwartek

Graj, Szatanie!

22 grudnia 2011, czwartek,

Tegoroczna jesień minęła pod znakiem Szatana. Tomasz Terlikowski powiedział w rozmowie z Piotrem Najsztubem w „Wprost”, że  czuł go (Szatana, a nie Najsztuba) wiele razy. Szatan, jego zdaniem, jest osobą, choć nie jest materialny, jest niebywale inteligentny i cyniczny, jemu nie przeszkadza, że ktoś z niego żartuje, zwodzi ludzi, posługuje się artystami. Terlikowskiego martwi, że „dokonuje się trywializacji tej osoby, że robi się z niej  żarty i sugeruje, że każdy, kto wierzy w istnienie osobowego szatana to jest świr”. Szatan – mówi Terlikowski – jest obrzydliwy.

Moim skromnym zdaniem – nie każdy Szatan jest obrzydliwy. Jeszcze nie tak dawno w Stanach występował i był całkiem znany duet bluesowy Adam & Satan. Był, a jeśli Bóg dał, to jeszcze jest taki muzyk, który kazał się nazywać Szatan. Naprawdę nazywa się Sterling Magee, jest Afro-amerykaninem, cenionym gitarzystą, występował sam, jako człowiek – orkiestra, albo towarzyszył znanym muzykom, takim jak James Brown i George Benson. Pewnego dnia, kiedy umarła mu żona, przeżywał może kryzys wiary, i  kazał na siebie mówić „Szatan”. Tak już zostało. Mówiło się do niego per „Mister Satan”. Nie jest on z tego powodu w USA prześladowany, choć jest to podobno jedno z najbardziej religijnych społeczeństw na świecie. Nie ma też zakazu występowania w telewizji. Po prostu, Amerykanie są religijni inaczej.

Sterling Szatan Magee wychował się w biednej, religijnej rodzinie na wsi, w Mississippi i na Florydzie, służył w wojsku na terenie Niemiec, gdzie grał na gitarze i zyskał przydomek „Five Fingers Magee”, nagrał kilka płyt pod firmą Raya Charlesa (!).

Z kolei jego partner,  Adam,  to Adam Gussow, absolwent uniwersytetu Princeton, profesor Uniwersytetu Mississippi. Adam nigdy nie zaprzedał się diabłu, być może dlatego, że jest białym profesorem, Żydem z okolic Nowego Jorku. Niedawno ukazała się nowa płyta, pardon, album duetu Adam & Satan, pt. „Back in the Game”.

Mimo uznanej pozycji w  świecie muzycznym, Adam & Satan lubią grać na ulicach (uliczni grajkowie – tzw. busters). Niedawno grali na 125 Ulicy przed urzędem telefonicznym w Nowym Jorku. Najpierw Szatan grał sam, na gitarze elektrycznej, nogą uruchamiając instrumenty perkusyjne, potem dołączył do niego prof. Gussow z harmonijką  i wzmacniaczem. – Cześć, Szatanie, kto to jest ten biały facet obok ciebie? – pytali przechodnie. Gussow nauczył się grać na harmonijce  w Kalifornii, robił doktorat na uniwersytecie Columbia (N.Y.), wyjechał do Paryża, gdzie grał w metrze. Legenda bluesa w Ameryce związana jest z Szatanem. Podobno legendarny muzyk, Robert Johnson, zaprzedał swoją dusze diabłu w zamian za demoniczny sposób grania na gitarze.

Kiedy  Gussow robił doktorat, Szatan mieszkał w Wirginii. Na weekendy spotykali się w Nowym Jorku, gdzie grali na ulicach. Gussow jest autorem kilku książek, m.in. „Uczeń Pana Szatana – Pamiętnik Bluesowy” (1998) i „Seems Like Murder: Southern Violence and Blues Tradition” (University of Chicago Press, 2002). Szatanowi powodziło się gorzej, spędził kilka lat w domu opieki. Po kilku latach rozstania, Adam & Satan znów grają razem i wydali kolejną płytę. Niedawno występowali na Hill Country Harmonica Festiwal, gdzie większość wykonawców była czarna, a słuchacze – prawie wyłącznie biali.

Prof. Adam Gussow pracuje teraz nad książką „Szatan i Blues”. Jego zdaniem, Szatan pojawił się w bluesie po I wojnie, w czasie Wielkiego Kryzysu i prohibicji, kiedy wielu czarnych Amerykanów z Południa emigrowało na Północ. Miejscowy establishment, w tym duchowni, poczuł się zagrożony przez czarną, prostacką i rozwydrzoną młodzież z Południa, która grała i śpiewała  swoją muzykę. Wtedy z ambony zaczęto wiernych ostrzegać przed diabelską muzyką. Gdy do waszych drzwi zapuka nieoczekiwany gość z gitarą, posadźcie go przy stole i poproście „Graj, Szatanie!”

WSZYSTKIM BLOGOWICZKOM I BLOGOWICZOM SKŁADAM NAJLEPSZE ŻYCZENIA  ŚWIATECZNE!

21.12.2011
środa

Draka w barze

21 grudnia 2011, środa,

„Bar wzięty, leniwe podano” – donosi triumfalnie „Gazeta Stołeczna”. Chodzi o to, że kolejny bar mleczny w Warszawie („Prasowy”, na Marszałkowskiej)   ulega likwidacji. Młodzi ludzie wdarli się do zamkniętego baru, sami zaczęli gotować, lepić pierogi, wznowili na kilka godzin działalność ulubionego baru, po czym zostali usunięci przez policję z lokalu, będącego własnością miasta. Akcja młodzieży bardzo mi się podoba, jest przykładem społeczeństwa obywatelskiego w działaniu. Sam wspominam bar „Prasowy” z rozrzewnieniem, ponieważ mieszkałem blisko i tam bywałem, podobnie jak w barze na rogu Hożej i  Kruczej. W wywiadzie dla „GS”, Jacek Fenderson, lider przedsięwzięcia, wyjaśnia swoje motywy: Miasto nie powinno być tylko dla bogatych, coraz więcej jest banków i sieciowych kawiarni, coraz mniej małych sklepików etc.  Przy okazji Fenderson „przejeżdża się” po mieście: Jego zdaniem z centrum znikają skwery, parki są zaniedbywane, miejsca ważne dla mieszkańców – zamiast tego rozpycha się luksus i miasto dla bogaczy.

Wielkie w tym wszystkim jest materii pomieszanie.  Pamiętam jak rząd Leszka Millera (lewica!) likwidował bary mleczne. Główny argument „likwidatorów” był taki, że nie należy subsydiować barów, lecz ubogich klientów. W barach mlecznych – obok ludzi  najbiedniejszych – stołowało się wiele osób o przeciętnych dochodach, którym subsydia nie przysługują. Jeżeli państwo (miasto) dotuje tanie jadłodajnie, to tym samym subsydiuje wszystkich klientów, a więc bogatsi „zjadają” subsydia biednych. Ponieważ do każdego posiłku miasto dopłaca, a popyt rośnie, pieniędzy w kasie miasta zaczyna brakować.

Jakie jest z tego wyjście? Należy subsydiować LUDZI biednych, a nie BARY, w których subsydia dostaje każdy, kto zechce. W tym celu pomoc społeczna może na przykład ludziom „na socjalu” dawać odpowiednie kupony, w USA są to tzw. „food stamps”, którymi można płacić w supermarketach. Można by nimi płacić w barach mlecznych, które powinny działać na zasadach rynkowych. Ogórkowa za 3 złote (zamiast za złotówkę), zwykły klient płaci 3 złote w gotowce, a „socjal” w bonach. Jestem bardzo za tym, żeby bary mleczne zachować, ale nie na takich zasadach, że lepiej sytuowani zjadają subsydia dla gorzej sytuowanych.

Podzielam uczucia Jacka Fendersona, ale nie podzielam jego oceny  miasta Warszawy.   Jak sam mówi, do niedawna mieszkał na Żoliborzu. Jakże więc mógł nie widzieć, jak pięknie odrestaurowany jest Park im. Żeromskiego, jak utrzymana jest zieleń wokół Cytadeli i wzdłuż Wisłostrady, jak ślicznie odbudowano fort Sokolnickiego (z którym  nie bardzo wiadomo, co zrobić – to inna sprawa), jak w bólach, ale jednak odremontowano wiadukt na ul. Andersa, jak kładzie się nowe instalacje pod i nawierzchnie oraz ustawia nowe latarnie na uliczkach starego Żoliborza – od Dziennikarskiej do Śmiałej, jak odżyła ulica Mickiewicza. Na Placu Inwalidów, gdzie 10 lat temu nie było ani jednej restauracji, dziś jest ich kilka: Żywiciel (domowa i klubowa, ceny dostępne, atmosfera i kuchnia b.d.), Dziki Ryż (orientalna, droższa), włoska (najdroższa), czwarta (Kareta) w remoncie.

W sumie, intencje Jacka Fendersona rozumiem i doceniam, ale jego obserwacje  nie wszystkie są trafne. Narzeka on, że w Śródmieściu nie bardzo ma dokąd pójść i gdzie się pokazać. Radzę pójść na odrestaurowany Plac Grzybowski, albo na tętniący życiem Plac Trzech Krzyży. Panie Jacku – głowa do góry! A w sprawie barów, Pana popieram, akcja znakomita! Wesołych Świąt!

18.12.2011
niedziela

Gorący grudzień

18 grudnia 2011, niedziela,

Na  blogu wrze. Najważniejszym dziś tematem jest Polska w Unii Europejskiej. Świetny (acz kontrowersyjny) artykuł na ten temat napisał Piotr Wierzbicki, weteran publicystyki konserwatywnej, w „Gazecie Świątecznej”. Chociaż się z autorem nie zgadzam, to zachęcam do lektury, bo mało kto tak dobrze pisze jak Wierzbicki. Jest  euro-scpetykiem i nie radzi pchać się do Eurolandu po prośbie, z czapką w ręku i na kolanach, bo jego zdaniem federacja to utopia.

Rząd Tuska  mocno zaangażowali się (i nas…) po stronie Europy zjednoczonej, popierają dalszą integrację, której los jest niewiadomy, bo Unia  może się rozpaść. Ścierają się dwie siły. Naturalna w takich momentach skłonność do wycofania się, w stronę XIX-wiecznych państw narodowych i przekonanie, że tylko ucieczka do przodu może uratować Europę.  Tusk i Sikorski wychodzą chyba z założenia, że poza Unią, poza Eurolandem, los Polski może tylko gorszy.  Sami nie sprostamy konkurencji – od Chin po Brazylię, ba, nawet z Czechami i Austriakami będzie nam trudno wygrać. Samotny kraj na marginesie pogrążonej w kryzysie Europy – to nie jest kusząca perspektywa. Przy okazji: żałosne są insynuacje, że Tusk – kosztem Polski – mości sobie ciepłą posadkę w Unii lub innej instytucji międzynarodowej. To są zarzuty, których autorzy powinni się wstydzić, ale pasują one do pozostałych insynuacji  (zdrajca, zaprzaniec, leń, pieczeniarz, Targowica etc).

Przeciwnicy kosztownego (bo trzeba wysupłać na pożyczkę dla MFW, i to może nie być koniec) ratowania strefy euro,  nie doceniają chyba, że integracja zaszła już tak daleko, iż rozpad Europy jest mało prawdopodobny. Europa lat 50., czy przedwojennych, już nie wróci. Bardziej prawdopodobna jest Europa kilku prędkości. Możliwy jest upadek projektu  euro, ale to byłaby  katastrofa również dla nas, zainteresowanych prosperity krajów o wspólnej walucie. Dlatego trudno się dziwić, że większość państw unijnych broni się przed taką perspektywą. Czy Narodowy Bank Polski ma prawo udzielić pożyczki MFW? Czy Polska może podzielić się swoją rezerwą walutową? Debata parlamentarna byłaby, oczywiście, na miejscu, ale awantury w Sejmie nie wiele mają wspólnego z debatami. Poza tym, z kim tu debatować, jeżeli posłowie prawicy z reguły wychodzą z Sali? Byłaby to jeszcze jedna awantura, bo mało kto przejmuje się dekalogiem, chociaż krzyż wisi na Sali.

W sprawie krzyża w Sejmie oraz w innych instytucjach państwa uważam, że nie powinien on tam wisieć, ale do jego zdjęcia nie dojdzie.  Nie ma na to wystarczającej większości politycznej, ani odpowiedniego ustawodawstwa. Mamy do czynienia z czynem nielegalnym, krzyż został zawieszony bez uprzedniej decyzji Sejmu. Oczywiście, że tragedii nie ma, ale nie jest to drobiazg – wręcz przeciwnie: to jest symbol państwa wyznaniowego. Obecna dyskusja, zapoczątkowana przez Palikota, ma na celu nie tyle usunięcie krzyża z Sejmu, co obalenie tabu, jakim jest państwo wyznaniowe. Jeżeli Ruch Palikota wyczerpie w tej sprawie wszystkie możliwości prawne, to przynajmniej będzie jasność w sprawie. Lepiej, żeby sprawa została przedyskutowana i rozstrzygnięta jawnie i demokratycznie, bo nie chodzi o drobiazgi, chodzi o fundusz kościelny, o stopnie z katechezy na  świadectwach szkolnych, o miliony złotych, w sytuacji kiedy opozycja domaga się likwidacji „gabinetów politycznych”, co może i ma sens, ale przyniesie małe oszczędności, około pół miliona złotych rocznie. 

Wreszcie ciekawa sprawa Edmund Klich – Bogdan Klich. Z jednej strony skandal: przedstawiciel Polski akredytowany przy komisji w Moskwie, idzie do polskiego ministra Obrony i w jego gabinecie potajemnie nagrywa rozmowę. Żenada. Co to za szczelność w budynku MON i co za poziom etyczny Edmunda Klicha, że nagrywa ministra potajemnie, traktując go jak Michnik – Rywina? Druga sprawa, to presja ze strony ministra Klicha, który w tak wczesnej fazie dochodzenia do prawdy nie chce oskarżać Rosji, bo tak rozumie rację stanu.