16.05.2012
środa

Stankiewicz mówi Kaczyńskim

16 maja 2012, środa,

Nie wszystkim jest znany dorobek Ewy Stankiewicz, dziennikarki „Gazety Polskiej Codziennie”, autorki filmów dokumentalnych, współzałożycielki „Solidarnych 2010”, kata i ofiary Stefana Niesiołowskiego. Ewa Stankiewicz jest nie tylko dziennikarką. Jest bojowniczką, aktywistką polityczną, gorącą orędowniczką telewizji Trwam, uważa ona Polskę za kraj okupowany przez reżim Tuska i złowrogi układ. Nie dziwi mnie, że zmierzała do zwarcia z posłem Niesiołowskim, który z kolei niepotrzebnie dał się sprowokować. Oto fragmenty jej wypowiedzi w dyskusji na łamach poważnego skądinąd, konserwatywnego rocznika filozoficznego „Teologia Polityczna” (nr 6/2012), który się właśnie ukazał.

„Język dzisiejszej polityki jest absolutnym językiem propagandy, i to bardzo świadomym. Katastrofa (smoleńska) to bardzo dokładnie obnażyła, natomiast to jest proces wieloletni, bardzo groźny, bo to znacznie skuteczniejsza propaganda niż ta w stanie wojennym. Dlatego, że wtedy nie było pozorów dyskusji. Wtedy było wiadomo, że telewizja kłamie. Teraz są pozory dyskusji. Że jest ileś tam telewizji, że one są niezależne, że są prywatne itd. Ta choroba (…) grozi reżimem. Wydaje mi się, że w takim państwie w tej chwili żyjemy. I nie są to słowa zbyt ostre. Ten język propagandy nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. (…) Na jednym z murów pod warszawską starówką jest napis: ‘Michnik morduje powtarzaniem’. Coś w tym jest…

…to jest tyrania mniejszości. To tyrania manipulacji establishmentu, który ma w rękach media.

…Ta dyskusja jest ustawiona. Także jeżeli chodzi o pochodzenie mediów, które reprezentują konkretne interesy. Wiadomo, że media to są wielkie pieniądze, że powstawały w 1989 roku, gdzieś te kariery się kształtowały.

…To, co się wydarzyło po katastrofie, sposób postępowania rządu polskiego po katastrofie, demonstracyjna nieudolność czy wręcz niechęć do wypełnienia swoich podstawowych obowiązków, to był bezkarny akt niszczenia państwa, niezwykle szkodliwy przekaz dla młodych pokoleń.

…Postawa rządu po katastrofie wpisała się w tę cywilizację wschodnią, takiej dziczy, i wdrukowała w kolejne pokolenia młodych Polaków pewien zły standard postępowania, pewną normę moralną opartą na bardzo niezdrowych zasadach”.

Przytoczone fragmenty, np. ten o mediach, które powstały w 1989 roku (czyli wyrosły z PRL), o pieniądzach, (- Jeżeli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma – jak mówił prezes PiS), o karierach, które „gdzieś się kształtowały”, są jak gdyby wyjęte z ust Jarosława Kaczyńskiego. „Wschodnia dzicz” to wkład własny autorki. Całość do przeczytania w „Teologii Politycznej”, str. 97-99. Przyjemnej lektury!
.
PS. S-21 (15 V godz.3.17): Coś się Pani (-u) pomyliło. Wiktor Herer i Zdzisław Sadowski NIE „BYLI” w latach 40 ub. wieku oficerami śledczymi MBP, jak Pan (i) utrzymuje. Tylko Herer był oficerem i przesłuchiwał aresztowanego studenta Sadowskiego. Potem obaj zostali profesorami ekonomii, ale to jedyne co ich łączy. Pisanie o prof. Sadowskim, że był oficerem śledczym to błąd i kalumnia. Proponuję, żeby Pan(i) przeprosił Profesora.

13.05.2012
niedziela

Chamstwo górą

13 maja 2012, niedziela,

Pod pretekstem „debaty” o reformie emerytalnej mieliśmy w Sejmie i w okolicach prawdziwy pokaz chamstwa. Mam na myśli agresywny, wręcz fizycznie, stosunek demonstrantów Solidarności wobec niektórych posłów; zablokowanie Sejmu przez Solidarność, pod perfidnym „argumentem” przewodniczącego Dudy, że to była obrona posłów przed krzywdą, jaka mogła ich spotkać po wyjściu z Sejmu. Mam na myśli retorykę prezesa Kaczyńskiego, który mówił o spełnieniu przez rząd oczekiwań Hitlera w stosunku do Polaków, o anihilacji dorobku od XIX wieku. Mam na myśli brutalne słowa Janusza Palikota, że Jarosław Kaczyński byłby gotów wysłać swojego brata na śmierć. Mam na myśli okrzyki z sali, w rodzaju „zadzwoń” (do brata?). Mam na myśli słowo „won” wypowiedziane pod adresem dziennikarki „Gazety Polskiej Codziennie” (należało zawołać „precz!”). Mam na myśli pretensje dziennikarzy do marszałek Ewy Kopacz, która nie wpuściła na salę obrad Sejmu delegacji „S” – moim zdaniem nie wpuściła słusznie, gdyż taka wizyta kryła w sobie zalążek awantury, podczas kiedy Sejm miał rozpatrywać doniosłą reformę.

Wszystko to oznacza dalszy spadek prestiżu polityków i parlamentu, to zjawisko bardzo niekorzystne. Zawód polityka jest coraz bardziej pogardzany, autorytet Sejmu też na tym wszystkim nie zyskuje. Bardzo smutne.

Pojawienie się Janusza Palikota i jego ruchu na arenie politycznej ma swoje zalety, ALE przełamany został monopol PiS na agresję, oskarżenia (zdrajcy, ZOMO, Targowica, krew na rękach etc). Ponieważ Palikot odpowiada pięknym za nadobne, powstaje ogólny rwetes, bijatyka. Palikot jest zdania, że agresji PiS trzeba się przeciwstawiać (być może słusznie), ale skutek jest taki, że powstaje ogólne wrażenie awantury, bijatyki, chamstwa. W ten sposób PiS wyszedł z narożnika. Palikot pomógł partii prezesa Kaczyńskiego powrócić do głównego nurtu. Bezpardonowe ataki ze strony PiS i „Gazety Polskiej” osiągnęły tym samym swój cel. Nie można ich było ignorować i nie można na nie odpowiadać. Tak źle i tak niedobrze.

A chamstwo górą.

11.05.2012
piątek

Jak żyć?

11 maja 2012, piątek,

Wiosna piękna, ale zewsząd atakują złe wiadomości. W TVN 24 królują niedokończone drogi i autostrady, prezes Kaczyński na placu rozbabranej budowy, minister Nowak tłumaczy się jak umie, może zdążymy, ale szykujemy się na najgorsze, przewodniczący „S”, pan Duda mówi, że „jesteśmy na wojnie” z rządem w sprawie reformy emerytur, Tymoszenko grozi nowy proces, Putin obejmuje urząd prezydenta w stylu carskim, Warszawa zerwała współpracę ze szwajcarskim architektem p. Kerezem i podaje go do sądu, itd. itp.

Dla uspokojenia biorę do ręki „Rzeczpospolitą” (8 maja). Co tytuł – to klęska. Nad winietą i orłem „Rz” wielki tytuł „Widmo lewicy unosi się nad Europą” (to po wyborach we Francji). Czołówka I. strony: „Euro: a miało być pięknie. Szykuje się komunikacyjny horror, pozamykane zostaną szkoły, uczelnie, teatry, muzea”. Obok ponura wiadomość o nadchodzącej katastrofie energetycznej: „Black out już za trzy lata”. Poniżej: „Lubimy aresztować” – Polska przoduje w ilości wniosków o europejski nakaz aresztowania.

Strach zajrzeć na kolejne strony „Rz.”, bo tam można oczekiwać rozwinięcia ponurych wiadomości. – No, cóż – myślę sobie, gazeta opozycyjna ma swoje prawa. Widziałem to w Chile. Najlepszy tamtejszy dziennik, „El Mercurio” (najstarsza gazeta w Ameryce Łacińskiej), w czasie Pinocheta – jego gorący zwolennik – był za czasów transformacji i mojego tam pobytu (5 lat) wiecznie niezadowolony. Na świecie Chile uchodziło za symbol sukcesu, za gwiazdę na firmamencie Ameryk (Clinton), a czytelnicy „El Mercurio” mogli odnieść wrażenie, że ich kraj chyli się ku upadkowi.

Dla poprawy nastroju (zaczyna się majowy weekend) sięgnąłem po bliższą rządowi „Wyborczą” (11 maja). Zamiast spodziewanych ukłonów pod adresem Tuska i jego rządu – na pierwszej stronie prawie same Hiobowe wieści. Na czołówce „Polowanie na słupy”, czyli jak przez Internet werbowano do międzynarodowej pralni pieniędzy. Obok, kolejny „bad news”: „Więzienia CIA. Ściśle tajne kwity na Millera i Kwaśniewskiego”, można ich postawić przed Trybunałem Stanu. (Nie ma się z czego cieszyć, jeśli Konstytucja była łamana). Pozostałe tytuły: „Duda: ‘S’ jest na wojnie” (o emerytury), „Matura przez telefon” (za tysiąc złotych…), „Oskarżają Tymoszenko o zlecenia zabójstwa”, „Zamiast Muzeum (sztuki nowoczesnej) – wstyd”, „Nieszczere łzy na Ukrainą” i jedyny tytuł pogodny: „Po ośmiu latach Europa to nasz dom”.

Odkładam „Gazetę” pełen troski. Niektóre wiadomości są naprawdę przygnębiające, zwłaszcza ta o fiasku budowy muzeum i – co z tym związane – pat w dziedzinie roszczeń właścicieli działek upaństwowionych tzw dekretem Bieruta. – Dekret był konieczny dla odbudowy Warszawy, ale teraz trzeba płacić odszkodowania – mówi adwokat, który reprezentuje interesy byłych właścicieli.

Wiele jest powodów, że media skupiają się na trudnościach i porażkach. Jeden, to autentyczna troska o dobro naszego miasta, naszego kraju, szlachetne dążenie mediów do prawdy, do poprawy i naprawy, to kontrolna rola dziennikarzy. Druga, to walka polityczna, w którą media są zaangażowane. I wreszcie trzecia – złe wiadomości to dobry interes. Złe wiadomości sprzedają się lepiej.

Jak z tym wszystkim żyć? Co robić, żeby nie strzelić sobie w łeb, bo wiosna jest taka piękna? Moim zdaniem – nie dać się zwariować, w ocenie rzeczywistości nie zdawać się wyłącznie na media, ani na polityków, rozglądać się dookoła siebie, wybić się na niezależność w ocenie rzeczywistości, patrzeć na świat własnymi oczami, spojrzeć na paszport w szufladzie, przypomnieć sobie jak wyglądała Polska dwadzieścia – trzydzieści lat temu. To niemała pociecha, wystarczy, żeby żyć.

PS. Zainteresowanych spotkaniem, zapraszam na Targi Ksiązki w PKiN, Sektor A, stoisko 124, FK Olesiejuk, sobota 12 maja, godz. 11.30 – 12.45. Do zobaczenia!

9.05.2012
środa

Ostatnia kreska

9 maja 2012, środa,

Śmierć Andrzeja Czeczota jest niepowetowaną stratą dla naszego społeczeństwa, dla polskiej kultury. Andrzej urodził się w roku 1933, ukończył krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Był artystą wszechstronnym – od tradycyjnego rysunku satyrycznego, poprzez ilustracje książkowe, aż po nowatorskie filmy animowane. Ogromną popularność zyskał w początku lat 70, kiedy jego rysunki zaczęły się ukazywać w tygodniku „Szpilki”, redagowanym wówczas przez Krzysztofa Teodora Toeplitza. KTT, który świetnie rozumiał grafikę (zrobił później doktorat na temat sztuki komiksu) tchnął nowe życie w zardzewiały tygodnik satyryczny, zgromadził wokół „Szpilek” grono młodych, obiecujących rysowników, m.in. trzech Andrzejów – Andrzeja Czeczota, Andrzeja Dudzińskiego i Andrzeja Mleczkę. Cała trójka (a było ich więcej) szybko zyskała uznanie.

Rysunki Czeczota i Mleczki często były konfiskowane przez cenzurę, a te, które się ukazywały, cieszyły się dużą popularnością. W połowie lat 70. miała miejsce sprawa sądowa. Aktor Ryszard Filipski, którego teatrzyk (potem został dyrektorem teatru Ludowego w Nowej Hucie) reprezentował nurt narodowo-komunistyczny, bliski „partyzantom” z pod znaku gen. Moczara, zaskarżył Czeczota za rysunek w piśmie „Literatura”, na którym był przedstawiony w bryczesach z nahajką. Proces ten zgromadził na schodach gmachu przy ul. Świerczewskiego grupę sympatyków Andrzeja. Nie zostaliśmy wpuszczeni na salę, ale Andrzej wybrał dwie osoby (w tym mnie) jako swoich mężów zaufania. Proces przegrał, a ponieważ autor był mocno krytyczny wobec władz, spotykały go rozmaite szykany, jak zakaz druku, odmowa paszportu etc. Po usunięciu KTT ze „Szpilek”, Andrzej był związany z „Polityką”.

W 1980 roku poparł „Solidarność”, w stanie wojennym najpierw był internowany, potem (1982?) zwolniony, nawiązał ponownie kontakt z „Polityką”, starając się o wyjazd z rodziną do USA, na leczenie syna. Zamieszkał w Nowym Jorku, gdzie później – kiedy i ja znalazłem się w USA – utrzymywaliśmy kontakty. Jest chyba pierwszym polskim rysownikiem, którego rysunki, a nawet okładki, ukazały się w najbardziej prestiżowym tygodniku amerykańskim „The New Yorker” – moim zdaniem najlepszym na świecie. Żona Andrzeja zajmowała się astrologią i wróżbiarstwem. Żywot rysownika w USA nie jest łatwy. Chyba po upadku PRL rodzina Czeczotów powróciła do Polski, gdzie Andrzej wznowił współpracę z „Polityką”, nawiązał współpracę z tygodnikiem „Nie”, a także intensywnie zajął się filmem animowanym. Był człowiekiem bardzo skromnym, nie należał do „salonu”, nie brylował w mediach. Miał jednak poczucie swojej wartości, skarżył mi się na przykład, kiedy Jego rysunki w gazecie ukazywały się zbyt małe, w formacie znaczka pocztowego, albo kiedy był niedoceniony np. w czyichś wspomnieniach. Andrzej Czeczot ma trwale miejsce w historii polskiej grafiki, rysunku i satyry.

Zilustrował wiele książek i albumów. Był libertaninem, miał poglądy lewicowe, zwalczał klerykalizm, obłudę, chamstwo, prowincjonalizm. Miał charakterystyczną kreskę, jego rysunki są rozpoznawalne od pierwszego wejrzenia. Miał wielu epigonów, ale i przyjaciół. Ostatni raz widzieliśmy się w „Polityce”, kiedy zaszczycił swoją obecnością promocję mojej książki i podarował mi rysunek.

Andrzeju, nigdy Cię nie zapomnimy!

6.05.2012
niedziela

Powrót na Ziemię

6 maja 2012, niedziela,

Po długim weekendzie czas wracać na Ziemię. Francuzi wybrali i myślę, że wybrali dobrze. Pewien złośliwy blogowicz kilka dni temu szlochał, że w sprawie wyborów we Francji Passent będzie kluczył i sięgał prawą ręką do lewego ucha. Tymczasem ja się nie wypowiadałem w ogóle, kluczyłem mniej niż ma kluczy polski hydraulik, ponieważ spraw francuskich nie śledzę, nie znam nawet języka, i nie mam podstaw, żeby zajmować stanowisko. Ponieważ nowy prezydent zwyciężył pod hasłem zmiany „teraz”, zastanawiam się, kiedy to „teraz” dotrze do Polski.

Profesor Michał Kleiber, prezes PAN, powiedział dzisiaj w TVN 24, że dla niego demokracja oznacza nie tylko rządy większości, ale i umiejętność wsłuchiwania się w głos mniejszości. Brzmi to bardzo ładnie, ale od tego profesor przechodzi do obrony swojej propozycji, żeby skorzystać z usług zagranicznych ekspertów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Prezes PAN uważa, że naukowa odpowiedź na mające coraz więcej zwolenników hipotezy zamachu itp., pomoże rozwiać wątpliwości i przywrócić jako – taki pokój w kraju.

Przy całym szacunku dla Pana profesora, ja pozostaję nieprzekonany. Moim zdaniem nie ma takich ekspertów, i nie będzie takich orzeczeń, których polska mniejszość (czytaj: PiS, PP. Kaczyński, Macierewicz i inni) nie potrafiłaby zakwestionować. Jeżeli profesor X, laureat Nagrody Nobla, profesor MIT i Harvardu, wyda opinię, która potwierdza wnioski komisji Millera, i – broń Boże – Anodiny, to zostanie zdyskredytowany i obnażony jako sługus Putina, Tuska i całej tej zgrai. I odwrotnie, jeżeli jakiś doktor z koledżu w Dolnej Oklahomie, albo w Górnej Bawarii, poprze hipotezę zamachu, dwóch wybuchów, a najlepiej nawet trzech, ba, całej serii eksplozji, to zostanie przez ową mniejszość przedstawiony jako wybitny autorytet w dziedzinie wszechnauk.

Szanowny pan profesor Kleiber zechce wybaczyć, ale tu nie chodzi o argumenty naukowe. Socjalizm też był naukowy dopóki był obowiązującą doktryną. Przymiotnik „naukowy” dodaje powagi, ale o tym, co jest, a co nie jest naukowe w sprawie Smoleńska, decydują naukowcy – prof.. dr habilitowany Antoni Macierewicz i jego promotor, prof. dr habilitowany Jarosław Kaczyński. Dla polskiej mniejszości, całkiem poważnej, bo sięgającej 1/4 społeczeństwa, to są najwyższe autorytety naukowe. Większy od nich jest może tylko profesor doktor ojciec dyrektor i nadrektor toruński.

Wiara profesora Kleibera, bądź co bądź prezesa PAN, we wszechmoc nauki, jest zrozumiała, jego intencje są niewątpliwie szlachetne, ale choćby do Polski zjechało tysiąc profesorów i każdy zjadłby tysiąc doktorów, to lud smoleński wie swoje i będzie wiedział tak długo, aż PiS uzna, że jest to użyteczne. Na razie jest.

27.04.2012
piątek

Potknięcia Kwaśniewskiego

27 kwietnia 2012, piątek,

Aleksander Kwaśniewski był najlepszym prezydentem po 1989 roku i żadne budowanie innej legendy tego nie zmieni. Nie znaczy to jednak, że były prezydent nie może się potknąć, wszak koń ma cztery nogi i też się potknie.

W programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” (TVN 24, 26 kwietnia) były prezydent powiedział mniej więcej coś takiego: Lepiej przyznać Telewizji Trwam miejsce na multipleksie, niż mieć co drugi dzień do czynienia z takimi demonstracjami. Jan Dworak, przewodniczący KRRiTV powinien znaleźć rozwiązanie, tak jak robił to Czarzasty, kiedy był w Radzie.

Wypowiedź ta wzbudziła moje zdumienie. Jak to, były prezydent jest za tym, żeby dla świętego spokoju ominąć prawo i przyznać miejsce telewizji, która nie spełnia warunków konkursu? Oznacza to, że odmowna przy pierwszym podejściu decyzja Rady była błędem, bo telewizja Ojca dyrektora Rydzyka jest telewizją szczególnej troski? Bo nie rada nie przewidziała demonstracji? Bo dostarczyła paliwa prawicy? Bo Rydzyk, Kaczyński, Macierewicz , PiS, Gazeta Polska i spółka tak bardzo zakłócą spokój publiczny, że rządowi to się nie opłaci?

Jeśli wszystko będzie można wymusić siłą, wychodząc na ulice, to po co wprowadza się regulaminy, powołuje instytucje, które mają stać na ich straży? To jakie szanse ma reforma emerytur, przeciwko której szykują się wielkie demonstracje i to akurat w dniu inauguracji Euro 2012? Jeśli zamiast prawa będzie obowiązywała zasada „kupą, mości panowie!”, to po co sprawę TV Trwam/KRRiTV skierowano do sądu? I po co ten sąd ma rozstrzygać, skoro i tak zadecyduje kryterium uliczne? Jak to pogodzić z mówieniem o państwie prawa, o procedurach, instytucjach, jeśli faktycznie sprawy mają być załatwiane inaczej? Telewizja, która ma przeciętnie kilka tysięcy widzów, musi mieć miejsce na multipleksie, bo jak nie, to lepiej nie wychodzić z domu.

Nie sądziłem, że b. prezydent tak prędko doradzi faktyczne ugięcie się przed szantażem. Zgadzam się, że znalezienie dobrego wyjścia przez KRRiTV i fundację Tadeusza Rydzyka byłoby pożądane, ale nie kosztem prawa, procedur, regulaminów obowiązujących wszystkie strony uczestniczące w konkursie, oraz instytucji powołanych do ich przestrzegania.

Aleksander Kwaśniewski nie miał chyba wczoraj dobrego dnia. W tej samej rozmowie skrytykował rząd za zbyt małe starania o zwrot szczątków samolotu z pod Smoleńska przez stronę rosyjską. Na pierwszy rzut oka prezydent ma rację – polski rząd mógłby robić więcej i – przede wszystkim – głośniej. Ale w tych nawoływaniach „Wrak, skrzynki! Wrak, skrzynki!” Tusk i Seremet nie przekrzyczą Kaczyńskiego z Macierewiczem. Jeżeli w Rosji obowiązuje prawo, wedle którego dowody w toczącym się dochodzeniu prokuratorskim muszą pozostać na terenie kraju, to jedynym sposobem odzyskania wraku i skrzynek byłoby „dogadanie się”, podobne do tego jakie Kwaśniewski proponuje Dworakowi i Rydzykowi.
Wrak i skrzynki są własnością polską, ale katastrofa miała miejsce na terenie Rosji, gdzie obowiązuje prawo rosyjskie, jeżeli Tusk i Seremet widzą jakakolwiek szansę na dogadanie się z Moskwą, to nie osiągną tego krzykiem, tylko stanowczymi, upartymi działaniami innej natury. Mam nadzieję, że prezydent Kwaśniewski jest podobnego zdania.

Wszystkim blogowiczom życzę pięknego weekendu!

25.04.2012
środa

Wodzu, prowadź nas na Moskwę!

25 kwietnia 2012, środa,

Na pierwszej stronie „Gazety Polskiej” (nr 17) wielki tytuł: „Zabici wrogowie Putina”, oraz ich portrety i nazwiska. Anna Politkowska, Lech Kaczyński, Aleksander Litwinienko, Anastazja Baborowa, Zelimchan Jandarbijew, Natalia Estemirowa. Tym samym „GP” wymienia prezydenta RP w gronie takich osób jak pułkownik federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji Litwinienko, otruty w Londynie, prawdopodobnie na zlecenie Moskwy, prezydent Czeczeńskiej Republiki Iczkeria, Jandarbijew, ofiara ataku bombowego w Katarze, czy obrończyni praw człowieka, Anna Politowska. Co ma wspólnego katastrofa smoleńska z tymi egzekucjami i morderstwami? Zdaniem „GP” – dużo.

Rodzinie „najprawdopodobniej” otrutego dziennikarza, „podobnie jak rodzinom ofiar Smoleńska, odmawiano dokumentów z sekcji zwłok”, zabity dziennikarz był zdaniem rosyjskiej milicji „pijany niczym gen. Andrzej Błasik”, ironizuje „GP”. „MAK – zdaniem „Gazety” red. Sakiewicza – nie musiał wysilać się na wymyślanie nowych uzasadnień… Użyte przez komisję Anodiny PR-owskie schematy wyjaśniania przyczyn śmierci wrogów Putina mogły być czymś świeżym tylko dla naiwniaków z Zachodu. W Rosji kalki te są w użyciu na co dzień”.

Połączenie skrytobójczych mordów, z katastrofą polskiego samolotu prezydenckiego sugeruje niedwuznacznie, że Lech Kaczyński i 95 pozostałych osób, został zamordowany przez Rosję. Już nie mówi się o rosyjskim (i polskim) bałaganie, o fatalnym stanie lotniska, jego złym wyposażeniu, a potem niezadowalającym śledztwie komisji Anodiny etc., tylko wprost o morderstwie. W dodatku prezydent Lech Kaczyński zostaje wpisany na listę wrogów Putina, nie przeciwników, ale wrogów. Nie wiem, czy sam prezydent byłby z tego zadowolony, wszak za Putina dokonał się pewien postęp (patrz Westerplatte i Katyń).

W sumie – kolejna cegiełka do muru wrogości pomiędzy Polską i Rosją. Zestawienie prezydenta RP z prawdziwymi lub domniemanymi ofiarami Rosji, na pewno zostanie podchwycone przez wyznawców religii smoleńskiej. Skoro – zdaniem idola „Gazety”, Antoniego Macierewicza – Rosja „wypowiedziała nam wojnę”, to redakcja „GP” ją podejmuje. Tylko patrzeć, jak pojawi się hasło „Wodzu, prowadź nas na Moskwę!”. Ciekawe, gdzie znajdzie sojuszników, zwłaszcza teraz, kiedy podpisany został gigantyczny kontrakt ExxonMobil – Rosneft. Podczas kiedy Amerykanie i Rosjanie dogadują się na potęgę, rojenia naszych strategów na prawicy wyglądają cokolwiek śmiesznie.

PS. BYWALEC 2 – Zgadzam się z oceną przyczyn katastrofy i bezcelowością mnożenia komisji oraz ekspertów. Żadne inne ustalenia nie przekonają tych, którzy wierzą w zamach.
Uważam, że profesor Kleiber nie docenił religii smoleńskiej.

KADETT – Nie uważam, że raport komisji Millera „należy traktować bezkrytycznie”, proszę mi nie wmawiać, ale sądzę, że podstawowe przyczyny katastrofy zostały wyjaśnione.

SPOKOJNY – Podzielam Pańską opinię w sprawie porozumienia ExxonMobil – Rosneft.

18.04.2012
środa

Wojna domowa?

18 kwietnia 2012, środa,

Z jednej strony Tadeusz Mazowiecki i wtórujący mu Aleksander Smolar, z drugiej – Roman Giertych. Mówią to samo: Pełzający rokosz. Pełzający pucz. Wojna domowa.

Wolę Romana Giertycha jako komentatora w telewizji niż jako polityka. Kiedy stał na czele LPR, był koalicjantem PiS i ministrem edukacji, odgrywał paskudną rolę. Chciał nie tylko ubrać dzieci w mundurki (akurat w tej sprawie byłem „za”), ale też wtłaczać im do głowy treści tak konserwatywne, że dzięki opatrzności upadł wraz ze swoim rządem. Pewnego razu, kiedy na polskie wody terytorialne podpłynął statek aborcyjny z Holandii, minister Giertych zapowiadał wysłanie do Holandii łodzi z Polski. Projekt ten chyba nie został zrealizowany, choć ja chętnie widziałbym ministra na łódce, jak dopływa do Amsterdamu, gdzie dopiero ujrzałby gorszące sceny.

Po upadku rządu Kaczyńskiego i swojej partii LPR, Roman Giertych rozwinął praktykę adwokacką i wycofał się z działalności politycznej. Oglądam go i słucham czasami w roli gościa TVN, gdzie jest inteligentnym i pogodnym rozmówcą. Ostatnio jednak Giertych się zafrasował. Jego zdaniem, jeżeli nienawiść, agresja, oskarżenia i złość będą w Polsce narastać w dotychczasowym tempie, to może dojść do wojny domowej. Myśl ta wcale nie wydaje mi się absurdalna, w każdym razie godna jest rozważenia.

Starcie demonstrantów z policją jest całkiem możliwe. Możliwe jest na przykład ustawienie przez uczestników manifestacji gilotyny albo szubienicy przed Belwederem czy przed siedzibą premiera i krewka reakcja zwolenników rządu. Możliwa jest nadgorliwość policjanta, lub „celny” rzut kamieniem. Tłum, na przykład po meczu w ramach Euro 2012, tłum z udziałem kiboli i aktywu z transparentami politycznymi, który będzie niezadowolony i wybije jedno czy drugie okno wystawowe, jest trudny do opanowania. W starciu z policją mogą się pojawić ofiary po obu stronach. Kilka lat temu widziałem w Zakopanym okna wystawowe zasłonięte dyktą w obawie przed rozbawionym chamstwem. A co dopiero przed tłumem miotanym gniewem i złością.

Czy można wykluczyć rękoczyny na tle politycznym, pomiędzy uczestnikami demonstracji z dwóch stron? Warszawa była tego bliska 11 listopada. A una-bomber, czy jest w Polsce nie do pomyślenia? A Breivik? Zabójstwo działacza PiS w Łodzi, oby było ostatnim takim przypadkiem. Kabotyński okrzyk „Nie zabijajcie nas!” w ustach posła Waszczykowskiego brzmiał fałszywie, ale obawy Romana Giertycha przed wojną domową śmieszne nie są. Podobnie jak ostrzeżenia przed puczem i rokoszem. Nawet Kościół – tradycyjnie ostoja spokoju – nie trzyma się z dala od konfliktu politycznego. Jest stroną. Kto będzie lał oliwę na wzburzone wody i czy mogą one wystąpić z brzegów? Wojnę domową, taką jak w Hiszpanii w latach 30., trudno sobie w Polsce wyobrazić. Ale to, co powiedzieli Mazowiecki, Giertych i Smolar, to nie jest dmuchanie na zimne.

15.04.2012
niedziela

Topór prezesa

15 kwietnia 2012, niedziela,

Prezes Kaczyński ma dwie twarze – obie prawdziwe. Z jednej strony człowiek okrutnie doświadczony przez los, w pewnym sensie biedny, budzący współczucie. Z drugiej strony brutalny, bezwzględny polityk, największy beneficjent 10 kwietnia 2010. Dzięki katastrofie otrzymał do ręki oręż niezwykłej mocy, znalazł temat, „issue”, przy pomocy którego może bez przerwy atakować, bezkarnie oskarżać premiera i prezydenta o zdradę narodową, o to, że premier został być może zwerbowany przez rosyjski wywiad.

Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i S-ka zręcznie i cynicznie wykorzystują śmierć prezydenta i 95 innych osób do dyskredytacji rządu. Trudno dziwić się opozycji, że nie marnuje okazji. Smoleńskie trumny są dla prezesa taranem, przy pomocy którego bombarduje „Festung Tusk”. Teorie, które jeszcze niedawno wydawały się absurdalne, nie warte tego, żeby się nimi zajmować, jak wybuchy w samolocie, sztuczna mgła, a ostatnio – zamach, trafiają do coraz większej części społeczeństwa. Brednia powtarzana milion razy staje się poważną hipotezą.

Prawda jest narzędziem, a nie celem. Najważniejszym celem PiS nie jest ustalenie prawdy o katastrofie, jest nim obalenie rządu przy pomocy smoleńskich trumien. Trumny służą jako taran. Rozumowanie jest proste: Jeżeli Tusk i Komorowski spaprali Smoleńsk, to znaczy, że mogą spaprać wszystko – gospodarkę, obronność, politykę zagraniczną. Smoleńska plama ma się rozlać szeroko, daleko poza Smoleńsk. Wedle prezesa, trwa atak na prawdę smoleńską, ale także na Kościół, na wolność słowa „Trwam”, na biednych, emerytów, naukę historii, atak władzy na Polskę.

W obliczu zmasowanej ofensywy PiS, przy okazji rocznicy 10 kwietnia nawet media „mainstreamowe” zaczęły krytykować Tuska, prokuraturę, prezydenta, politykę informacyjną rządu. Tusk i Komorowski nie powinni byli milczeć, lepiej by było gdyby 10 kwietnia przemówili, prokurator generalny nie podjął polemiki z krytyką śledztwa czy dochodzenia, trzeba było dopuścić zagranicznych specjalistów do sekcji zwłok, a najlepiej doprowadzić do międzynarodowej komisji – mówią. Jest w tym trochę racji, milczenie premiera i prezydenta było zbyt głośne, prokuratura niepotrzebnie milczała. Ba, nawet człowiek tak poważny jak profesor Kleiber, prezes PAN, były doradca prezydenta Kaczyńskiego, uważa, że bez zaangażowania zagranicznych specjalistów kontrowersje nie ustaną. Jest to wyraźnie po myśli PiS, który pragnie umiędzynarodowienia Smoleńska, bo będzie to dowód na nieudolność Tuska i Putina.

Bardzo szanuję profesora Kleibera, ale jestem innego zdania. Nawet zagraniczni specjaliści nie zakończą wojny polsko-polskiej. Kaczyńskiemu ta wojna jest potrzebna jak tlen. Zacznie kwestionować dobór zagranicznych specjalistów, a jeśli nie potwierdzą oni hipotezy zamachu oraz innych fantazji, to zacznie podważać ich bezstronność. Jeden z bliskich współpracowników prezesa, PP. Brudziński albo Błaszczak (zapomniałem, który z nich, ale oni obaj powtarzają to samo), mówił niedawno o tym, jak żądny władzy Komorowski objął stanowisko prezydenta nie czekając na odpowiedni dokument „prawno-medyczny”. Warto zapytać: A gdyby ze Smoleńska nadeszło świadectwo zgonu i „recepta konstytucyjna” – czy nie mówiono by wówczas, że Komorowski został samozwańczym prezydentem w oparciu o świstek podpisany przez rosyjskiego felczera? Nie ma takiego dowodu, takiej ekspertyzy, takich cudzoziemców, którzy zaspokoją stale rosnące wymagania prezesa i żądzę zemsty, zanim nastąpi polityczna egzekucja Tuska, Komorowskiego i Sikorskiego. Są przecież w Polsce zwolennicy kary śmierci. Potrzebny tylko topór.

13.04.2012
piątek

Mazurek odkrywa Amerykę

13 kwietnia 2012, piątek,

Myślałem, że śnię. W piątek, 13 bm rano, w Radiu TOK FM, Jacek Żakowski powiedział, że Robert Mazurek napisał w „Rz.” kilka słów do rzeczy na temat demonstracji smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu. Nabyłem opozycyjną gazetę, w której ukazał się artykuł Mazurka pt. „Więcej nie pójdę przed pałac”. Byłem zaskoczony, ponieważ Mazurek nie zasłynął dotychczas rozumem ani umiarem. Aż tu nagle napisał, że białe jest białe, a czarne jest czarne, co jak na tego autora jest odkryciem Ameryki.

Oto niektóre rewelacje Mazurka:

Marek Belka wykonał „dziesiątki gestów” pod adresem swojego poprzednika, Sławomira Skrzypka, zatroszczył się o jego rodzinę, nazwał jego imieniem niewielkie Muzeum Pieniądza. (Dla mnie nie jest zaskoczeniem, że Marek Belka, może najlepszy premier III RP, jest człowiekiem z klasą, ale dla czytelników i redaktora „Rz.” jest to być może rewelacja).

Minister Kultury, Zdrojewski poleciał do Smoleńska i „po prostu się nie skompromitował”. Minister Obrony Tomasz Siemoniak nazwał dwie sale w MON na cześć Aleksandra Szczygły i Jerzego Szmajdzińskiego, poszedł na mszę w intencji gen. Błasika. – Siemoniak zachował się jak przyzwoity człowiek, co jest godne szacunku – stwierdza Mazurek. W jego ustach uznanie dla członków rządu Tuska brzmi sensacyjnie. Czytelnicy „Rz” przecierają chyba oczy ze zdumienia. Ale najważniejsze dopiero nastąpi.

Otóż red. Mazurek udał się 10 kwietnia przed Pałac Prezydencki, gdzie jednak doznał … rozczarowania „Mnie rozczarowali organizatorzy spotkania przed Pałacem Prezydenckim” – pisze. „Można się spierać czy bardziej był to wiec partyjny, czy spotkanie promocyjne ‘Gazety Polskiej’, ale spór to trzeciorzędny, bo obie te strony żyły w pełnej symbiozie. Nie, drodzy państwo, na spotkanie w rocznice śmierci nie przynosi się szubienic na plakatach, transparentach i ‘głów zdrajcy’ w ruskiej czapce” – stwierdza. Nie w tym miejscu, nie tego dnia. Na żałobnym spotkaniu nie śpiewa się ‘Sto lat!’! „Skoro przychodzimy upamiętnić ofiary katastrofy, to po prostu nie na miejscu są słowa o upadających stoczniach, szalejącej drożyźnie i niepolskiej polityce zagranicznej”.

W zakończeniu dziennikarz stwierdza, że była to po prostu „partyjna demonstracja”, „miała być rocznica śmierci, nie wiec. Żałoba, nie polityczna fiesta. Smutek i żal, nie chęć zemsty”.
Autor zapowiada, że więcej przed pałac nie pójdzie. Nie szczędzi także razów Platformie, Tusk nie zdobył się na kilka prostych słów, Gronkiewicz – Waltz nie zaproponowała miejsca na pomnik, ale to jest krytyka nie pozbawiona słuszności i można powiedzieć rytualna. Natomiast nowe jest to, że wrażenia red. Mazurka z przed pałacu pasują raczej do nie cierpianej przez niego „Wyborczej” niż do „Rzeczpospolitej”. Dziennikarze „GW” i innych pism „układu” już dwa lata piszą o tym, jak tragedia smoleńska wykorzystywana jest do celów politycznych, już dawno widzieli nadużywanie żałoby i krzyża do wojny z rządem Tuska. Było to już oczywiste pół roku temu, podczas Marszu Niepodległości 11 listopada. Robert Mazurek potrzebował więcej czasu, żeby to dostrzec, ale dobre i to. Ciekawe, co o artykule Mazurka pomyśleli PP. Brudziński, Błaszczak, Hofman oraz ich prezes. Jeszcze trochę, a Robert Mazurek pójdzie śladem Cezarego Michalskiego, Tomasza Wołka i Roberta Krasowskiego, którego prezes Kaczyński porównał ostatnio do … Urbana. Tak silna jest pokusa pisania, że białe jest białe, a czarne jest czarne.